Książka

„Żywopłot” Dorit Rabinyan

22 października 2016
„Żywopłot” Dorit Rabinyan

O książce „Żywopłot” izraelskiej pisarki Dorit Rabinyan zrobiło się głośno, gdy na początku tego roku tamtejsze Ministerstwo Edukacji uznało ją za niezgodną z wartościami wyznawanymi przez państwo Izrael i wycofało z listy lektur szkolnych. Jak można się było spodziewać, takie posunięcie władz doprowadziło do całkiem odwrotnego efektu i wzmogło zainteresowanie czytelników książką Rabinyan. Sprzedaż poszybowała w górę, a zagraniczni wydawcy w pośpiechu zaczęli nabywać prawa do przetłumaczenia dramatycznej historii miłosnej Żydówki i Araba. W efekcie ta mocno autobiograficzna powieść pojawiła się również w Polsce. Czy „Żywopłot” jest rzeczywiście tak dobry, kontrowersyjny i godny uwagi, jak przekonują specjaliści od promocji?

Pomysł na fabułę, podyktowany zresztą przez życie, rzeczywiście wydaje się dobry. Pisarka opowiada historię przypadkowego spotkania z palestyńskim artystą Hassanem Houranim (w powieści nosi on imię Hilmi) w czasie jej kilkumiesięcznego pobytu na stypendium w Nowym Jorku w 2003 roku. Jak to bywa, z przypadkowych spotkań zupełnie obcych sobie ludzi rodzą się wielkie miłości, w dodatku często wbrew mało sprzyjającym okolicznościom. Stało się to również udziałem bohaterów „Żywopłotu”, ponieważ, zupełnie na przekór wychowaniu i zdrowemu rozsądkowi, młoda Liat, której pierwowzorem jest autorka, bardzo szybko ulega urokowi przystojnego sąsiada zza muru. Problem polega jednak na tym, że Liat doskonale wie jak bez przyszłościowa jest to relacja, ponieważ w jej kraju, a nawet rodzinie, Palestyńczycy są postrzegani jako wrogowie, niebezpieczni radykałowie uwodzący żydowskie kobiety, aby następnie je poniżać i wykorzystywać. Nowojorskie spotkanie tej dwójki jest zatem wspaniałym romansem z dala od regionalnych konfliktów, ale dla głównej bohaterki konieczność rozstania wydaje się absolutną oczywistością od samego początku ich związku. Ta historia miłosna ma swoją datę ważności i jest nią data na bilecie powrotnym Liat do Izraela.

evidenza-borderlife-982x540

Zanim jednak bohaterka Rabinyan opuści Nowy Jork i Hilmiego przeżywa z nim kilka intensywnych miesięcy, w czasie których poznają się i próbują zbudować porozumienie ponad narodowo-politycznymi różnicami. Autorka opisuje zarówno życzliwość i namiętność obecną między kochankami, jak i prowadzone przez nich burzliwe spory o prawo do palestyńskiej ziemi i przyszłość państwa Izrael. Z jednej strony Liat i Hilmi nie potrafią się zgodzić w kwestiach politycznych, z drugiej z każdym dniem zauważają kolejne elementy wspólne, potwierdzające ich przynależność do tej samej kultury bliskowschodniej. Rabinyan pokazuje, że nawet jeśli Izraelczyków i Palestyńczyków dzielą takie kwestie jak religia, polityka, czy stosunek do kobiet to jednak równie wiele ich łączy – umiłowanie ciepłego, niemal pustynnego klimatu i pejzażu, czy choćby związany z tym i wpajany od dzieciństwa nawyk oszczędzania wody. Podobnie jest, jeśli chodzi o silne związki rodzinne, potrzebę spędzania czasu z najbliższymi, etc. Nowy Jork stanowi więc dla pary bohaterów schronienie, bezpieczną przystań, gdzie nikt nie ocenia ich miłości, ale jest też miastem, które bywa wrogie, nieprzyjemne, ponieważ nienawykli do życia w tym klimacie i kulturze.

Z kulturowego punktu widzenia „Żywopłot” to powieść całkiem interesująca, zwłaszcza dla kogoś kto niewiele wie o skomplikowanych relacjach mieszkańców Izraela i Palestyny. Jednak sposób prowadzenia narracji, dialogi oraz język książki powodują, że w wielu momentach ta opowieść staje się kompletnie niestrawna, całkowicie wyzuta z oryginalności i literackiego kunsztu, czy raczej podstawowego literackiego warsztatu, bo o kunszcie nie może tu być mowy. Nawet gdy pisarka próbuje wtrącać w niektóre sceny elementy naturalistyczne (jakaś niezrozumiała potrzeba informowania czytelnika ilekroć główna bohaterka udaje się oddać mocz) to jednak nadal mamy tu do czynienia ze średnio pociągającą nowojorską love story. Jedyną różnicą jest zastąpienie czarnoskórego nastolatka z Bronxu „chmurnookim” Arabem, a białej bogatej dziewczyny z Manhattanu wykształconą Żydówką z dobrego domu. Wielka szkoda, ponieważ książka ma niewątpliwie pewien potencjał, który został w znakomitej większości zmarnowany przez banalność dialogów oraz mdły styl. Co do samego języka, trudno powiedzieć, czy problemem jest słaby przekład, czy to jednak oryginał zdecydowanie nie grzeszy wyszukaną frazą.

„Żywopłot” Dorit Rabinyan

Nie wiem, czy zawinił tu brak umiejętności autorki, czy być może jej zbyt emocjonalny stosunek do opowiadanej historii, ale koniec końców „Żywopłot” mnie nie przekonał. Bardzo prawdopodobny jest również fakt, że chęć oddania kilkumiesięcznego miłosnego uniesienia w zakazanym związku siłą rzeczy popchnęła Rabinyan w banał, którego nie ratują nawet nieco bardziej interesujące fragmenty na temat różnic i sporów wynikających z pochodzenia kochanków. W dodatku ja osobiście nie potrafiłam zidentyfikować się z główną bohaterką, gdyż, w przeciwieństwie do postaci palestyńskiego artysty, ma ona do tego związku podejście bardzo chłodne, wręcz utylitarne, przez co trudno uwierzyć w szczerość jej uczuć. Możliwe, że moje niezrozumienie takiej postawy wynika po części z różnicy kulturowej i odmienności polskiego kontekstu od izraelsko-palestyńskiego. Jestem jednak przekonana, że ta historia miałaby dużo większą moc, gdyby autorka osadziła ją bezpośrednio na Bliskim Wschodzie i darowała czytelnikowi obrazki rodem z niskobudżetowego musicalu.

Wracając do decyzji izraelskiego Ministerstwa Edukacji, po przeczytaniu „Żywopłotu” jestem wręcz skłonna jej przyklasnąć. Nie z powodów ideologicznych, bo te są absurdalne, ale dla oszczędzenia uczniom czytania tak miernej literatury. Zdecydowanie lepiej będzie, jeśli sięgną po prawdziwych Romea i Julię Szekspira lub po jednego ze sprawdzonych autorów prozy żydowskiej. „Żywopłot” jest raczej książką dobrą dla nastolatek, które z latarką w ręku i w tajemnicy przed rodzicami, czytają nocami zakazane romanse i marzą o wielkiej, niemożliwej miłości.

„Żywopłot” Dorit Rabinyan

Żywopłot

Dorit Rabinyan

tłum. Agnieszka Olek

Smak Słowa

2016

.

Może Cię również zainteresować:

  • Zapewne język i styl sprawiają, że prawowity klimat książki nieco się ulatnia, ale pomysł na fabułę naprawdę mnie interesuje. Jak będę miała kiedyś okazję, chętnie tę pozycję wypróbuję na sobie 🙂 Pozdrawiam!

    • Chętnie przeczytam Twoje refleksje po lekturze, jeśli się na nią zdecydujesz, bo jestem ciekawa, czy to tylko ja tak wybrzydzam, czy naprawdę ta powieść jest trochę przereklamowana i kuleje pod względem stylu. Pozdrawiam również!

  • To już druga książka nad którą się zastanawiałam (w tym przypadku głównie ze względu na wątek izraelsko-palestyński), a którą dzięki Tobie z czystym sumieniem sobie odpuszczę. “Żywopłot” przypomina mi trochę wadliwy produkt, który wycofano z rynku, ale i tak marketingowcom udało się go przepakować i sprzedać.

    • Całkiem trafna metafora. To niestety jedna z tych książek, które zyskały rozgłos przez niekoniecznie zamierzony skandal, ale wcale nie są warte takiego zainteresowania. Zdecydowanie niewiele stracisz, nie sięgając po nią.

  • Ha! I w środku rozbrzmiewa moje wielkie WIEDZIAŁAM 😀 Moi bliscy wiedzą, że jestem emocjonalnie nastrojona od kilku lat na literaturę bliskowschodnią, nawet momentami bardziej niż na skandynawską (szok), ale jakoś tak czułam, że “Żywopłot” mnie rozczaruje. Po Twojej recenzji czuję się już absolutnie zwolniona z podejmowania próby lektury tej książki, im więcej czytam Twoich tekstów tym bardziej widzę pewno podobieństwo oczekiwań w stosunku do lektury 😉
    Swoją drogą, szkoda że tak nie promuje się innej izraelskiej pisarki – Zeruyi Shalev. To jest prawdziwa perła. Jej powieści to jedne z tych, które bez wahania wpisałabym na listę “książki mojego życia”, a lista póki co jest dość krótka 🙂

    • Cieszę się, że pomogłam. 🙂 Fakt, że jak usłyszałam, że ta historia dzieje się w Nowym Jorku to moje oczekiwania wobec książki trochę spadły. Niestety lektura rozczarowała mnie znacznie bardziej niż zakładałam.
      Co do Zeruyi Shalev, planuje nadrobić braki w znajomości jej twórczości w najbliższym czasie. Mam już „Ból” i nie zawaham się go przeczytać. 😉 Nie wiem jak to możliwe, że do tej pory jakoś umknęła mojej uwadze!

  • Pingback: Miłość z deadlinem (Dorit Rabinyan, „Żywopłot”) – Beznadziejnie zacofany w lekturze()