Film

„To tylko koniec świata” Xavier Dolan

16 października 2016
„To tylko koniec świata” Xavier Dolan

Ci z Was, którzy czytali mój tekst na temat dotychczasowej filmografii Xaviera Dolana wiedzą, jak szczególnie cenię jego kino i jak bardzo jego postrzeganie rzeczywistości jest mi bliskie. Toteż z tym większym zainteresowaniem, ale i niepokojem, wybrałam się na seans „To tylko koniec świata”, najnowszego filmu Kanadyjczyka, wyróżnionego Grand Prix na tegorocznym festiwalu w Cannes, lecz od początku wzbudzającego mieszane reakcje wśród krytyków i publiczności. W efekcie, jeszcze nigdy nie byłam tak rozdarta po obejrzeniu jakiegokolwiek filmu, a zwłaszcza filmu Dolana. Co poszło nie tak i dlaczego, mimo wszystko, warto obejrzeć „To tylko koniec świata”?

Uczucia jakie towarzyszyły mi w trakcie seansu można bez wątpienia porównać do emocjonalnej huśtawki, nie mającej jednak nic wspólnego z tą fundowaną widzowi np. we wspaniałej „Mamie”, gdzie co chwilę wzlatujemy w powietrze, by zaraz brutalnie opaść na dół i znów powrócić ku górze. Tutaj momenty wzlotów okazały się raczej nieliczne, za to nie obyło się bez kilku bolesnych lądowań na ubitej ziemi. Podejrzewam, że moje wrażenia po seansie musiały być podobne do tego, co odczuwali najwierniejsi fani Godarda, gdy ten zaczął schodzić na drogę poszatkowanych kadrów i mglistej logorei. W „To tylko koniec świata” Xavier Dolan coraz bardziej oddala się od tego, co stanowiło największy walor jego twórczości – szczerości ubranej w nader estetyczną formę. Paradoksalnie, chcąc wyostrzyć najbardziej rozpoznawalne elementy swojej estetyki, młody reżyser stopniowo popada we własną karykaturę.

„To tylko koniec świata” Xavier Dolan

To zresztą nie jedyny paradoks w przypadku „To tylko koniec świata”, ponieważ naprawdę trudno mówić o tym filmie w sposób jednoznaczny. Na zadane wprost pytanie „Czy to jest dobre kino?” mogłabym udzielić tylko jednej odpowiedzi – Nie, „To tylko koniec świata” to nie jest dobry film, ale na pewno nie jest zły! Sztuka Jean-Luca Lagarce’a pod tym samym tytułem, stanowiąca podstawę scenariusza, to materiał naprawdę najwyższej próby, według mnie bardzo dobrze zaadaptowany i zaktualizowany przez kanadyjskiego wizjonera kina. Jako autobiograficzna opowieść dramaturga, który dowiedziawszy się, że pozostało mu już niewiele czasu, wraca do rodzinnego domu, aby poinformować o tym dawno niewidzialnych najbliższych, tekst ten niesie w sobie ogromny ładunek emocjonalny i wydaje się wręcz wymarzony dla reżysera tak wrażliwego na kwestie rodzinne jak Dolan. I tutaj autor „Zabiłem moją matkę” i „Na zawsze Laurence” nie zawodzi – napięcie między bohaterami zmuszonymi do tej dość zaskakującej konfrontacji nie ustaje nawet na chwilę (co zresztą niektórzy krytycy uważają również za przesadę, a z czym zupełnie się nie zgadzam). Ogrom niewypowiedzianej winy, nieskanalizowanej złości i tłumionego latami poczucia odrzucenia ciąży nad tym spotkaniem równie wyraźnie, co wszechobecny upał i wisząca w powietrzu burza.

Gaspard Ulliel, odgrywający powracającego Louisa, przez cały czas pozostaje wycofany, bardziej niż uczestnikiem rodzinnego spotkania po latach jest jego obserwatorem i słuchaczem. Tak jakby patrzył na aktorów na scenie, obcych mu ludzi, którzy miotają się targani emocjami, z których niewiele rozumie. Matka (doskonała Nathalie Baye), jak zwykle u młodego reżysera, przerysowana, z mocnym makijażem i ewidentną nadpobudliwością, mającą zamaskować nieumiejętność radzenia sobie z sytuacją, zdaje się być jedyną z całej czwórki, która zaakceptowała i pogodziła się z odejściem syna. Jednak nawet w jej przypadku, matczyny instynkt nie działa, kobieta nie przeczuwa jak straszną wiadomość ma dla niej Louis, wręcz przeciwnie, nakłada na niego dodatkową odpowiedzialność, prosi o wysiłek dla dobra jego rodzeństwa. Rodzeństwo to młodsza siostra (Léa Seydoux), znająca brata wyłącznie z wycinków prasowych i regularnie przesyłanych zdawkowych pocztówek oraz starszy brat (Vincent Cassel), który mimo zgrywania niewzruszonego obecnością Louisa skrywa urazę nie mniejszą niż najmłodsza z rodzeństwa. Ostatnią figurą rodzinnego dramatu jest Catherine, żona starszego brata, grana przez Marion Cotillard, jedyna postać nawiązująca z głównym bohaterem milczące porozumienie i zdolna pojąć skrywaną przez niego tajemnicę.

„To tylko koniec świata” Xavier Dolan

Na poziomie fabuły jest to więc film naprawdę mocny i bardzo dolanowski – nieporozumienia, nieumiejętność komunikacji, niewrażliwość na drugiego człowieka to tematy często powracające w jego twórczości, całości dopełnia zaś świetnie zrealizowany wątek spotkania po latach syna z matką. Niestety, w „To tylko koniec świata” forma zdecydowanie zawodzi w zderzeniu z ładunkiem emocjonalnym opowiadanej historii i zamiast uwydatniać to, co niewypowiedziane, bo słowa liczące się w tej opowieści najbardziej to te, które nigdy nie padają, przesłania je, a momentami wręcz dyskredytuje i ośmiesza. Nakręcenie trzech czwartych filmu za pomocą wąskich kadrów i zbliżeń, powodujących, że przez większość czasu widzimy wyłącznie twarze, co najwyżej ramiona postaci, można jeszcze wybaczyć, ale scena erotyczna będąca niczym „kopiuj-wklej” z reklamy jeansów lub perfum, czy flashback z najbardziej tandetną z możliwych piosenek popowych jako motywem przewodnim powodowały, że dosłownie oglądałam je przez palce. Trochę tak jakbym nieświadomie chciała ocalić obraz Dolana-geniusza w mojej głowie i nie dopuścić do wiadomości, że tak potwornie złe lub żenujące sceny wyszły spod jego ręki.

Skoro bywało aż tak źle, dlaczego więc we wstępie napisałam, że mimo wszystko warto obejrzeć ten film? Warto to zrobić dla jednej sceny. Jednej, choć trwającej jedenaście minut, sceny między matką i synem, gdy na chwilę znajdują się sami w odosobnionym miejscu, a emocje dosłownie rozsadzają ekran. Ten długi dialog został poprowadzony przez reżysera iście po mistrzowsku – w kilka minut widz przemierza z bohaterami ocean złości, smutku, samotności, wzruszenia, odnalezionego porozumienia. To scena, w której matka pokazuje zupełnie inne oblicze, w której padają uniwersalne, choć nieoczywiste prawdy, ale również, w której miłość jest groźbą, a czułość potrzebuje wybiegu, by się urzeczywistnić. To między innymi dzięki tej scenie i dwóm podobnym w charakterze rozumiemy, o czym tak naprawdę jest ten film. Bo nie o śmiertelną chorobę tu chodzi, ani nawet o rodzinne nieporozumienia, ale o kompletne oddzielenie, mentalne i emocjonalne, kategoryczne odejście z domu bez możliwości powrotu, gdyż życie wykopało zbyt wielką przepaść między głównym bohaterem a jego rodziną.

„To tylko koniec świata” Xavier Dolan

W moim, bardzo osobistym, odczytaniu „To tylko koniec świata” Xaviera Dolana jest obrazem o człowieku, który miał odwagę podążyć za własnymi pragnieniami, zrealizował swoje marzenia, ale stracił przy tym najbliższych, bo ci zostali w tyle, zatrzaśnięci w przeszłości, onieśmieleni jego sukcesem, sami siebie skazując na cień. Reżyser doskonale pokazuje przejście bohatera od rozczarowania i smutku do akceptacji brutalnej prawdy, że ich relacja jest nie do naprawienia. Ta wizyta w rodzinnym domu stanowi nic innego jak ostatni etap przeżywania żałoby po nim, moment przyznania przed samym sobą, że tego, co martwe od dawna, nie można przywrócić do życia nawet w obliczy ostatecznego. I właśnie dla tych powodów, pomimo momentami strasznej formy, miernego aktorstwa Léi Seydoux i absolutnie okropnej ostatniej sceny (sic!), nie jestem w stanie całkowicie przekreślić tego filmu. Bo mimo wszystko rozumiem Dolana, rozumiem doskonale, co chciał powiedzieć, a raczej wykrzyczeć w „To tylko koniec świata”, chociaż niestety coraz mniej czuję jego estetykę.

Myślę, że w tym kontekście najlepszym podsumowaniem są słowa utworu Camille otwierającego film, jak zwykle bardzo skrupulatnie wybranego przez reżysera.

My home has no door
My home has no roof
My home has no windows
It ain’t waterproof
My home has no handles
My home has no keys
If you’re here to rob me
There’s nothing to steal

Home is not a harbour
Home home home
Is where it hurts

„To tylko koniec świata” Xavier Dolan.

To tylko koniec świata

reż. Xavier Dolan

Kanada-Francja

2016

.

Może Cię również zainteresować:

  • Ja również jestem fanem „Mamy”-dla mnie genialne film , a Xavier Dolan to postać rzeczywiście niebanalna i fascynuje mnie ten człowiek że względu na to co już dokonał i co ma do przekazania w tak młodym wielu. Zastanawiam się natomiast czy nie wyczerpie się mu koncepcja, bo mimo że zgadzam się z tobą że jest niesamowita moc w tym jak pokazuje on relacje rodzinne, a szczególnie relacje z matką, to może powinien trochę wyjść poza tą swoją strefę komfortu.. no ale nie wiem nie znam się, to tylko takie osobiste odczucia, a twoja recenzja mnie w nich utwierdza. Film napewno obejrzę. Obsada jest wyśmienita z tego co widzę. Szczególnie jestem ciekaw tej roli Lei Seydoux, bo ona mi się bardzo podobała w „Życiu Adeli” i w „Spectre” (choć tu głównie ozdabiała Bonda jak to w „bondach” bywa z rolami kobiecymi). Ona ma coś takiego w twarzy ta aktorka, tym bardziej jestem ciekaw jak zagrała, skoro mówisz że nie ogarnęła roli.

    Świetna recenzja jak zwykle 🙂

    pozdrawiam 🙂

    • Z jednej strony rozumiem Twoje uwagi na temat nieustającej eksploatacji relacji matka-syn w filmach Dolana, z drugiej muszę powiedzieć, że w tym filmie zdecydowanie wyszedł ze swojej strefy komfortu i ten wątek jest tylko jednym z wielu, które porusza, chociaż fakt, że najlepszym (oczywiście według mnie). „To tylko koniec świata” jest jednak zdecydowanie bardziej wyciszony, niż jego poprzednie filmy, skupiony na ciszy i mimice bohaterów, która ma tu za zadanie mówić to, co nigdy nie pada z ich ust. Chyba dlatego właśnie w wielu momentach miałam wrażenie, że to nie jest film Dolana.
      Co do Léi, tutaj wyraźnie się nie zgadzamy. Niestety, ja uważam, że rola w „Życiu Adeli” to szczyt jej możliwości, a te ma baaardzo ograniczone. To ciekawe, co piszesz o jej twarzy, bo dla mnie ma zawsze jedną i tę samą niewiele wnoszącą minę. Dobrze jednak, że są widzowie, a nawet reżyserzy, w końcu Dolan ją zaangażował, których Seydoux przekonuje. Gdyby nie to nikt nie zdołałby mi wmówić, że cała jej kariera nie jest w stu procentach ustawiona przez dziadka potentata kinowego. 😀

      • A widzisz, to o tym dziadku nie wiedziałem 😀 w każdym razie tym bardziej po tym co piszesz wyostrzam sobie smaki na ten film. Ja niestety o filmach mogę się tylko wypowiadać odnośnie emocji, bo zdecydowanie brak mi wiedzy i zazdroszczę Ci jej cholernie. Z tego też względu mam do Ciebie prośbę. Wczoraj widziałem świetny film „Belgica” Felixa Van Groeningena. Widziałaś może? Ja jestem pod jego wrażeniem i mam zamiar skrobnąć parę swoich refleksji na jego temat w wolnej chwili bo muszę się „wygadać” :D, natomiast chętnie bym przeczytał taką jego recenzję z prawdziwego zdarzenia. Kiedyś pisałaś, że jesteś otwarta na propozycje, więc o ile znajdziesz czas i będzie Ci się chciało to może napiszesz na temat tego filmu? 🙂

        • „Belgicy” akurat nie widziałam, chociaż pamiętam plakaty w metrze, gdy film był tu na ekranach. Jakoś mnie wtedy nie zainteresował, ale skoro polecasz to może się skuszę. Oczywiście, jeśli tylko będę miała okazję go obejrzeć, na pewno napiszę potem kilka słów na ten temat. Tymczasem chętnie przeczytam Twoją recenzję. 🙂

  • Dolan zdaje sobie z tego sprawę że nie jest -aż tak- dobrze, gdzieś słuchałam wywiadu, w którym powiedział, że ciągłe zaangażowanie w projekty jeden o drugim, bez chwili przerwy i refleksji wpłynęło negatywnie na ich jakość. Nabrałam po tym do niego jeszcze większego szacunku, ileż artystów dziś się publicznie przyzna i powie „meh, nie jest dobrze/powinno być lepiej”.

    • To ciekawe, chętnie posłuchałabym tego wywiadu, bo do tej pory spotykałam się tylko z wypowiedziami, w których bronił tego filmu, a nawet mówił, że to jego najlepszy. Było to jednak jeszcze w okolicach premiery w Cannes, więc może rzeczywiście już trochę otrzeźwiał i zrozumiał, że tym razem krytyka jest raczej uzasadniona. Miejmy nadzieję, że jeszcze wróci na dobrą drogę, chociaż obawiam się, że jego amerykańska produkcja może okazać się jeszcze gorsza.

      • Nie pamiętam gdzie konkretnie, ale było to w okolicach TIFF-u, na jakimś kanadyjskim portalu.

  • Ja się wypowiem bardzo nieśmiało, bo słabo znam się na kinie i jestem tego doskonale świadoma. Uśmiechnęłam się na porównanie do reklamy jeansów, bo faktycznie, tak to trochę wyglądało :). Ale za to scenka z „Dragostea din tei”, na którą wszyscy tak bardzo narzekają, jakoś w ogóle mnie nie raziła – była w tym jakaś wakacyjna „głupawka”, która, wydaje mi się, miała tam być. Wszyscy wiedzą, że piosenka jest tandetna, ale o to chodziło. Scena rozmowy z matką rzeczywiście świetna. A kiedy piszesz o „okropnej ostatniej scenie”, masz na myśli ptaszka czy całą rozmowę poprzedzającą? Bo rozmowa mnie tak emocjonalnie przytłoczyła, że wstrzymałam dech – i to piszę na plus.

    A jeśli chodzi ogólnie o twórczość Dolana, do mnie też bardzo mocno przemawia. Lubię to, że tyle w jego filmach emocji, ale każdy tak naprawdę może je odczytać po swojemu, i nic nie jest do końca jednoznaczne. „Mama” była wspaniała, „Zabiłem moją matkę” też bardzo dobre (piszę na świeżo, wczoraj oglądane), w tym tygodniu zamierzam obejrzeć „Wyśnione miłości”.

  • Pingback: Pierwsze urodziny bloga. Podsumowanie, plany i konkurs – Cocteau & Co.Cocteau & Co.()