Książka

Gdy ziemia drży. „Terremoto” Jarosław Mikołajewski

27 czerwca 2017
„Terremoto” Jarosław Mikołajewski

Trzęsienie ziemi… Co za dziwna idea dla kogoś, kto urodził się na Mazowszu. – pisze Jarosław Mikołajewski w swojej najnowszej książce „Terremoto”. To krótki reportaż za pomocą, którego autor próbuje nie tyle opisać, co zrozumieć, zracjonalizować to zjawisko tak mało nam znane, a tak często prześladujące Włochów. Kraj słynący ze słońca i la dolce vita tak naprawdę żyje w ciągłym napięciu, w podświadomym oczekiwaniu na moment, gdy ziemia znowu zadrży, oby tylko niezbyt mocno. Kiedy jednak skala Richtera niebezpiecznie zbliża się do górnej granicy skutki są zawsze dramatyczne i z tym też należy nauczyć się sobie radzić. Po trzęsieniach, które w drugiej połowie 2016 roku nawiedziły środkowe Włochy i w miejsce malowniczych miasteczek pozostawiły po sobie połacie ruin, jak było np. w Nursji, Mikołajewski postanowił poszukać odpowiedzi na najtrudniejsze z pytań: „Dlaczego?”. I zrobił to właśnie w gruzach włoskiej prowincji.

Ten kto choć raz spotkał się z książką reporterską Jarosław Mikołajewski wie, że nie jest to typowy reportaż a mieszanka faktów i poezji, emocji, osobistych refleksji autora. Ta szczególna wrażliwość Mikołajewskiego, której nie wstydzi się eksponować, doskonale współgra z podejmowanymi przez niego tematami. W „Wielkim przypływie” (to zresztą jedna z pierwszych książek zrecenzowanych przeze mnie na blogu) jest to codzienność mieszkańców Lampedusy mierzących się z kryzysem migracyjnym i udzielających pomocy nieustannie przybywającym uchodźcom. W „Terremoto” są to z kolei Włosi poszkodowani przez kaprysy czy raczej należałoby powiedzieć, bezwzględne prawa natury. Można oczywiście opisać oba problemy w sposób suchy i skupiony na „faktycznym stanie rzeczy”, ale to tak jakby ofiary w ludziach dopisywać do listy zniszczonych przedmiotów i wkładać do archiwum. Mikołajewski reprezentuje ludzkie podejście do ludzkich dramatów i w tym tkwi największy walor jego reportaży.

„Terremoto” Jarosław Mikołajewski

Czytając „Terremoto” od razu da się zauważyć, że istnieje jeden obraz, jeden bardzo szczególny kadr, który nie przestaje prześladować autora. To krążące w mediach po katastrofie zdjęcie ludzi klęczących przed zawaloną katedrą św. Benedykta w Nursji, z której pozostała jedynie fasada. Zza niej zionie pustka. Czyż trzeba bardziej wyrazistego symbolu? Bardziej otwartego ostrzeżenia? Mikołajewski wzbrania się od prorokowania i wszelkich komentarzy o religijnym wydźwięku, ale nie znaczy to, że nie zadaje sobie pytania, o to jak to możliwe, że niektóre obrazy i wydarzenia stają się symbolami a inne przepadają w chaosie współczesnego świata. Zupełnie tak jakby istniały tragedie bardziej i mniej straszne. Porównanie z kryzysem uchodźczym wydaje się w tej sytuacji oczywiste i autor wielokrotnie przywołuje ten temat, choć zaznacza jedną bardzo ważną różnicę – w przypadku trzęsienia to ziemia zabija własne dzieci, ale tonących w morzu uchodźców zabija ludzka obojętność.

Nie z dumą, bo nie wystarczy być człowiekiem, by mieć tutaj jakieś zasługi. Z zachwytem i wstydem myślałem o tym, że kultura Europy, języków oryginału i języków przekładu ma szkielet współczucia. Litości. Wciąż istnieją szkoły, wciąż w szkołach czyta się ważne lektury, których nie pogrzebie najgłupsza nawet reforma, najbardziej prymitywny rząd.
Nie ma alibi. Jest Sofokles, jest Burza.
Wiemy, kogo podziwiać. Co robić. Ale coraz bardziej porastamy niepamięcią, zdradą wobec własnych nastoletnich myśli. Nasze głowy wraz z tym, co w nich umarło, coraz głębiej osiadają na mulistym dnie morza, naszego morza.
Śródziemnego.
Bałtyckiego.
Mare Nostrum.
Monstrum.                                                                                                                                                                                                                                                                                               Jarosław Mikołajewski „Terremoto”

Ciekawym motywem w książce jest również podróż autora-Dantego przez Piekło „małego raju” zniszczonego kataklizmem, którą odbywa u boku swego przewodnika-Wergiliusza. Jest nim Luca, rzecznikiem straży pożarnej i obrony cywilnej do spraw nadzwyczajnych, szef brygady ratowników interweniujących w miejscach katastrofy. Ten szczególny opiekun pokazuje autorowi kolejne miasteczka w ruinie, wyjaśnia czym różnią się poszczególne rodzaje trzęsienia ziemi, ale nie potrafi udzielić odpowiedzi na to najważniejsze z pytań. Mikołajewski szuka jej u innych, pyta sejsmologów i duchownych, nie poprzestaje na ogólnikach, chociaż wie, że tak naprawdę nikt nie zna tego jednego jedynego wyjaśnienia, które nie będzie ani naukową racjonalizacją faktów, ani abstrakcyjnym religijnym krzepieniem dusz.

„Terremoto” to także książka, która uświadamia nam jak krucha jest nasza „wielka cywilizacja”. My, Europejczycy lubimy chwalić się długowieczną tradycją, korzeniami sięgającymi starożytnej Grecji i właśnie Rzymu, przy czym nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego jak w rzeczywistość są one niepewne. Kilka mocniejszych wstrząsów potrafi obrócić w gruzy miejsca, które uznajemy za naszą duchową ojczyznę, kolebkę naszej cywilizacji i zniszczyć jej najpiękniejsze symbole. Autor ma tę dość rzadką w dzisiejszych czasach umiejętność budzenia świadomości czytelnika za pomocą zaledwie kilku zwięzłych, ale bardzo obrazowych zdań. A to najlepsza gwarancja, że jeśli weźmiecie „Terremoto” do ręki nie tylko nie odłożycie jej przed dotarciem do ostatniej strony, ale także nieraz odczujecie ten specyficzny ucisk w gardle, który sprawia, że po lekturze mówimy sobie: „To była wartościowa książka”.

„Terremoto” Jarosław Mikołajewski.

Terremoto

Jarosław Mikołajewski

Dowody na Istnienie

2017

.

Może Cię również zainteresować: