Książka

„Świat w płomieniach” Siri Hustvedt

13 kwietnia 2017
„Świat w płomieniach” Siri Hustvedt

„Świat w płomieniach” to najnowsza powieść Siri Hustvedt, amerykańskiej pisarki i eseistki, która opowiada historię kobiety i artystki walczącej o prawo do istnienia w brutalnym świecie sztuki zdominowanym przez białych heteroseksualnych mężczyzn. Jako znawczyni sztuki współczesnej i żona cenionego pisarza Paula Austera, Hustvedt doskonale wie, o czym pisze, ponieważ jak mało kto zdaje sobie sprawę z realiów panujących w tym świecie i konieczności obrony własnej pozycji, gdy jest się kobietą otoczoną przez „męskich geniuszy”. „Świat w płomieniach” jest zatem ambitną próbą rozprawienia się z krzywdzącymi podziałami na to, co męskie – dobre i mocne oraz żeńskie – słabe, naiwne, bez wyrazu. Ponadto Hustvedt stawia w powieści pytanie o naszą percepcję, o to co i w jaki sposób ją determinuje. Temat trudny i ważny. Czy jego realizacja się autorce udała?

Harriet Burden, bohaterkę Hustvedt, czytelnik poznaje właściwie już po jej śmierci i to głównie poprzez relacje innych postaci. W zamyśle autorki mamy bowiem do czynienia z publikacją poświęconą życiu i twórczości jej bohaterki, która ma na celu rozjaśnić i usystematyzować kwestie dotyczące działalności artystycznej Burden. Wszystko to w celu przywrócenia jej należytego miejsca w historii sztuki. „Świat w płomieniach” od początku zatem przybiera formę książki para-naukowej, opatrzonej wstępem redaktora i zawierającej zarówno fragmenty dzienników artystki, przedrukowane recenzje wystaw, jak i rozmowy z jej dziećmi oraz innymi osobami z jej otoczenia. Do samej struktury powieści jeszcze wrócę, tymczasem skupmy się na temacie. Harriet, zwana również Harrym, to kobieta o nieprzeciętnych, jak na „słabą płeć”, gabarytach fizycznych, wysoka i pełna, a przy tym dysponująca jeszcze bardziej nieprzeciętnym intelektem, zdolnym rzucić cień na umysł niejednego, przekonanego o swojej błyskotliwości mężczyzny.

Niestety, mimo że to główna bohaterka jest znacznie bardziej oczytana i przenikliwa niż jej mąż – ceniony nowojorski marszand, całe życie przeżywa w jego cieniu, w roli ozdoby i suflerki, gdyż to właśnie od niej Felix zapożycza idee, którymi następnie bryluje w towarzystwie. Harriet decyduje się zatem poświecić macierzyństwu i cierpliwie przymyka oko na kolejne skoki w bok męża, nie wspominając o jego kompletnym braku zainteresowania wobec głęboko erudycyjnych dzieł własnej żony podczas, gdy nieustannie promuje innych artystów. Te przecież są tylko kobiecą fanaberią, formą rozrywki. Gdy jednak Felix umiera, ponad sześćdziesięcioletnia Harry postanawia zawalczyć o siebie i swoją sztukę, przygotowując dość przewrotny plan zaistnienia na nowojorskiej scenie artystycznej.

„Świat w płomieniach” Siri Hustvedt

Zamiast po prostu wystawić swoje prace w którejś z licznych lokalnych galerii bohaterka Hustvedt decyduje się na radykalny eksperyment artystyczno-poznawczy: znajduje trzech artystów gotowych stać się jej męskimi maskami, czyli użyczyć nazwiska jej pracom. W ten sposób Harry stara się udowodnić jak bardzo środowisko artystyczne jest zakłamane oraz jak dalece kieruje się ono prostymi etykietkami, które przekleja się jedynie z twórcy na jego dzieło, tym samym automatycznie ukierunkowując naszą percepcję. Praca autorstwa białego mężczyzny ma dużo większe szanse, by zostać zauważoną i docenioną niż praca kobiety. W instalacji zaproponowanej przez czarnoskórego geja – druga maska Harriet – według krytyki obowiązkowo chodzi o problem z własną tożsamością i seksualnością etc.

Kolejne wystawy sygnowane przez artystów-maski ujawniają co rusz to nowe mechanizmy i stereotypy rządzące światem sztuki. Światem, który bez mrugnięcia okiem wyklucza kobiety a mniejszości wtłacza w ramy stereotypów. Problem pojawia się jednak, gdy Burden postanawia ujawnić się jako prawdziwa autorka popularnych i wychwalanych dzieł. Po pierwsze, nie wszyscy trzej artyści dotrzymują umowy. Dwaj z nich próbują mniej lub bardziej jawnie przywłaszczyć sobie jej twórczość. Po drugie, ona sama również zaczyna rozumieć, że w oczach krytyków i publiczności jej sztuka ma jakąkolwiek wartość tylko wtedy, gdy „nie jest” jej, co prowadzi oczywiście do poczucia przegranej i rozgoryczenia.

Siłą napędową wszystkich działań bohaterki „Świata w płomieniach” jest furia, czysta, narastająca latami wściekłość na tłamszącego ją ojca, potem męża, a w końcu cały świat jako system ślepo faworyzujący mężczyzn. W wywiadzie dla Dwutygodnika Siri Hustvedt mówi o tej powieści: „Pragnęłam dwóch rzeczy: emocji na miarę antycznej tragedii przy jednoczesnym zanurzeniu w zwykłej rzeczywistości świata sztuki Nowego Jorku.” To drugie udało jej się znakomicie, z emocjami jest jednak nieco gorzej, być może dlatego, że są one dosyć monolityczne. Furia Harriet jest jej motorem, ale jednocześnie twierdzą warowną, murem odcinającym ją od rzeczywistości, niszczycielskim słupem ognia, który nie opuści jej aż do końca.

„Świat w płomieniach” Siri Hustvedt

A jeśli mowa o zakończeniu, choć chyba wolałabym je pominąć, mam bowiem bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony pisarka doskonale przedstawia chorobę i odchodzenie – zupełnie nie spodziewałam się poruszenia akurat tego tematu w tej powieści i było to dla mnie pozytywnym zaskoczeniem. Z drugiej jednak ostatnie akapity to kompletna tragedia, zdania po przeczytaniu, których na usta cisnęło mi się tylko zdezorientowane i samotne „Dlaczego?”. Prawie pięćset pięćdziesiąt stron, by dojść do tak mało istotnej i na siłę symbolicznej konkluzji? (Pozostawię Wam decyzję, czy chcecie się dowiedzieć jak kończy się ta historia czy nie).

Ostatnia kwestia to wspomniany już eksperyment autorki z formą powieści. Napisałam wcześniej, że jest to forma publikacji para-, by nie powiedzieć pseudonaukowej, ponieważ według mnie, mimo że rozumiem chęć takiej stylizacji, książka jest jednak zbyt powieściowa. Oczywiście można mi zarzucić czepliwość i mądrzenie się, bo mam za sobą jakąś tonę naukowych opracowań o artystach. Uważam jednak, że wprowadzenie wstępu i niby-aparatu naukowego (przypisy) nijak ma się do licznych rozdziałów pełnych anegdot i informacji, których żaden szanujący się badacz, nawet amerykański, nie włączyłby do tego typu opracowania. To jednak jestem w stanie Hustvedt poniekąd wybaczyć, bo przecież w innym wypadku byłaby to po prostu dosyć sucha publikacja o fikcyjnej artystce, której nikomu nie chciałoby się czytać.

Koniec końców „Świat w płomieniach” to powieść ciekawa, wielowątkowa i erudycyjna. Nade wszystko jest popisem inteligencji i oczytania samej autorki, która nie omieszkała zasugerować w niej, że sama również staje czasem w pozycji własnej bohaterki. Realizm świata opisanego przez Hustvedt jest niezaprzeczalny – ostra krytyka nadętych znawców sztuki bez najmniejszego zgrzytu sąsiaduje z zamachami 11 września i „małymi życiami” kilkunastu bohaterów, których poznajemy za sprawą Harriet Burden. Przyznaję, że trudno mi oceniać tę książkę, ponieważ z mojego punktu widzenia jest to trochę wyważanie otwartych drzwi, ale dla kogoś kto nie zna biografii Artemisi Gentileschi czy Louise Bourgeois i niezbyt orientuje się w bezwzględnym światku artystycznym ta powieść może być ciekawym, stymulującym do refleksji doświadczeniem. W każdym razie warto sięgnąć po nią choćby dla samej polifonii głosów i złożonego obrazu głównej bohaterki, który się z nich wyłania.

Świat w płomieniach - Siri Hustvedt.

Świat w płomieniach

Siri Hustvedt

tłum. Jerzy Kozłowski

Wydawnictwo W. A. B.

2017

.

Może Cię również zainteresować: