Inne, Książka

#Przekładnia: Blogerki o przekładzie literackim

4 maja 2017
przekładzie

W pierwszym wpisie z cyklu #Przekładnia zaprezentowałam kilka książek, w których tłumacze piszą lub dyskutują o przekładzie, ponieważ wyszłam z założenia, że warto oddać głos tym, którzy zajmują się nim na co dzień. W kolejnej odsłonie chcę podzielić się z Wami moimi własnymi przygodami z przekładem literackim. Głównie dlatego, że to właśnie one doprowadziły mnie do wniosku, że jest to temat ważny, a więc wart poświecenia mu nieco większej uwagi. Zwłaszcza w blogosferze, która pomija go niemal całkowicie. Żeby jednak nie było zbyt narcystycznie do opowiedzenia o osobistych doświadczeniach z tłumaczeniem zaprosiłam również kilka innych blogerek, które bardzo cenię. Wszystkie dziewczyny czytają w językach obcych i co za tym idzie, są czułe na rolę przekładu, ponieważ wiedzą ile od niego zależy. Mam więc nadzieję, że przeczytacie nasze wynurzenia z przyjemnością i chętnie podzielicie się własnymi doświadczeniami i przemyśleniami w tej kwestii.

Ci, którzy śledzą Cocteau & Co. regularnie na pewno natknęli się na przynajmniej jeden wpis, w którym zdarzyło mi się skomentować przekład recenzowanej książki. Nie było ich wprawdzie wiele, ale niektóre wzmianki bywały dobitne. Do dzisiaj pamiętam moje zniesmaczenie słowem „dzieciak” pojawiającym się w bardzo szczególnej książce-liście „Nie zmusicie mnie do nienawiści” (do tłumaczenia tytuły swoją drogą też mam spore zastrzeżenia). Niby detal, ale za jego sprawą śmiem twierdzić, że tłumacz nie zrozumiał sensu tej książki, a już na pewno nie poczuł jej intymnej i pełnej czułości atmosfery (cały tekst znajdziecie tutaj). W przypadku głośnego „Małego życia” z kolei odniosłam odwrotne wrażenie. Zaczęłam czytać powieść w oryginale i od początku jej język wydał mi się okropnie trywialny, styl wiał banałem. Po kilkudziesięciu stronach miałam już odpuścić, ale z ciekawości zerknęłam na fragment polskiego tłumaczenia i okazało się lepsze od oryginału! Tłumaczka dodała prozie Yanagihary charakteru, nie ingerując przy tym zbyt mocno w jej sposób pisania. Podejrzewam, że znaczną część sukcesu tej powieści na polskim rynku należy przypisać właśnie niezawodnej Jolancie Kozak.

To jednak nie były moje pierwsze doświadczenia z przekładem. Te miały miejsce jeszcze, gdy byłam nastolatką, a o tym, że któregoś dnia będę prowadzić zajęcia ze studentami po francusku nawet nie śmiałam marzyć, bo znałam zaledwie kilka słów w tym języku. Wtedy właśnie w moje ręce wpadło piękne dwujęzyczne wydanie „Kwiatów zła” Charlesa Baudelaire’a, które okazało się antologią przekładów kilkorga polskich tłumaczy. Nie potrafiąc jeszcze czytać w oryginale po prostu zakochałam się w tych przekładach. Niektóre z nich znałam w całości na pamięć. Co ciekawe, wszystkie tłumaczenia wierszy były tak spójne, że można by odnieść wrażenie, że przełożyła je jedna osoba! Od tamtej pory uwielbiam Baudelaire’a, a gdy już nauczyłam się francuskiego i przeczytałam w końcu oryginały jeszcze bardziej doceniłam doskonałość tych przekładów.

Jakiś czas później dostałam w prezencie nowe wydanie „Kwiatów zła” przygotowane przez Wydawnictwo Zielona Sowa. Podekscytowana zaczęłam je kartkować i od razu trafiłam na mój ukochany „Hymnu do Piękna”, którego „uwspółcześnione” tłumaczenie okazało się bezdusznym szlachtowaniem wers po wersie całej poetyckości frazy francuskiego poety. Słowem, jeśli Baudelaire pisał poezję takim językiem to mówcie mi Adam Mickiewicz. Do dzisiaj omijam to wydanie szerokim łukiem. Jednak ta historia nauczyła mnie, że warto być czułym na przekład, a najlepiej, jeśli mamy taką możliwość, porównywać jego różne wersje. Taka praktyka może nie tylko pomóc nam znaleźć tę, która odpowiada nam najbardziej, ale także zapewnić świetną zabawę. Przeczytajcie zresztą sami jak wygląda to u innych blogerek.

przekładzie

Niespodziegadki

Przekładem (jako procesem i produktem) zainteresowałyśmy się w dzieciństwie, czytając cykl o Harrym Potterze i zamieszczony na końcu każdego tomu słowniczek tłumacza (równie ekscytujący jak sama opowieść o małym czarodzieju, a czasem nawet bardziej!). Od tamtej pory zawsze przed przeczytaniem książki sprawdzamy, kto ją przełożył. Wiele osób (nawet tych związanych zawodowo z literaturą) marginalizuje rolę tłumacza, twierdząc, że ma on pełnić tylko funkcję użytkową, a umieszczanie jego nazwiska w widocznym miejscu to przesada (tak uważał Cervantes, ale to było prawie pięć wieków temu!). W odpowiedzi na takie stwierdzenie proponujemy zwykle wziąć do ręki pierwszą lepszą powieść i przetłumaczyć wybraną stronę – jak mawiał nasz wykładowca, nie ma łatwych tekstów i w tłumaczeniu im więcej wiesz, tym więcej nie wiesz.

Literatura piękna to dla nas nie tylko fabuła, ale też język – może to dlatego tak chętnie sięgamy po oryginały, a potem porównujemy wersję angielską, francuską czy hiszpańską z polskim przekładem. Najwięcej frajdy sprawia nam obserwowanie, jak tłumacz poradził sobie z językowymi pułapkami (a jest ich sporo zwłaszcza w literaturze frankofońskiej, w której francuzczyzna jest naprawdę bujna i potrafi znacznie odbiegać od standardowej). Kiedyś dla zabawy przetłumaczyłyśmy fragment “Zwierzeń jeżozwierza” Alaina Mabanckou – i jakie było nasze zdziwienie, gdy po publikacji polskiego przekładu okazało się, że Jacek Giszczak użył tych samych słów!

Skoro już przy Giszczaku jesteśmy, wspomnimy tylko, że tak jak magazyn Forbes ma swoją listę najbardziej wpływowych ludzi, a People zastanawia się, która aktorka jest najbardziej sexy, Niespodziegadki prowadzą prywatną listę genialnych tłumaczy. Giszczak ma tu zaszczytne miejsce (za przekłady Mabanckou, Trouillot czy Despentes). Obok zasiadają: Małgorzata Szczurek (za Kamela Daouda i Tahara Ben Jellouna), Justyna Czechowska (za Agnetę Pleijel i Idę Linde), Michał Lipszyc (za Mię Couto i Ondjakiego) i Ryszard Turczyn (za “Pianistkę”!). Tyle znakomitych książek ominęłoby polskiego czytelnika, gdyby nie praca tych ludzi!

Zresztą prawda jest taka, że bez przekładu nawet byśmy nie istniały! Nie mamy pojęcia, co by z nami było, gdyby nie wspomniany wyżej Lipszyc i jego magiczne zdolności. Prawdopodobnie nigdy nie przeczytałybyśmy “Lunatycznej krainy” Mii Couto i nie natknęłybyśmy się na uroczy neologizm, który stał się nazwą naszej strony.

.

przekładzie

Niekoniecznie Papierowe

Kiedy dostałam zaproszenie do współpracy w ramach #Przekładni, bardzo się ucieszyłam i spontanicznie odpisałam, że oczywiście wezmę udział. Chwila zwątpienia przyszła później. Co ja mogę powiedzieć na ten temat? Bo postawmy sprawę jasno, moje kompetencje w tym zakresie są marne. Owszem, czytam w obcych językach, swego czasu dorabiałam na studiach tłumaczeniami tekstów nieliterackich z niemieckiego, ale to zupełnie inna bajka. Właściwie czuję się uprawniona jedynie do tego, by z uznaniem wyrazić zachwyt nad tym, jak ciężka jest praca tłumacza.

Cykl na Cocteau & Co. zainspirował mnie jednak do poukładania sobie w głowie tego, co wiem a właściwie sądzę o przekładzie. Nie mam traumatycznych historii i nie mogę sobie przypomnieć czy czytałam w całości polski przekład jakiejś książki. Zdarza mi się natomiast czytać równolegle. Robię tak przede wszystkim z klasyką, ostatnio z “Wichrowymi wzgórzami” czy “Effi Briest”. Oryginał ląduje w formie elektronicznej na czytniku a egzemplarz papierowy po polsku koło łóżka. Ktoś może powiedzieć, że w ten sposób nie jestem w stanie w pełni ocenić tłumaczenia, bo raczej czytam fragmenty naprzemiennie. Uważam, że wręcz przeciwnie. Im swobodniej mogę skakać między tekstami, tym lepsze jest dla mnie dane tłumaczenie.

Zapewne z takiego czytania klasyki wynika też moja awersja do uwspółcześnionych przekładów. Trzymam się od nich z daleka, by uniknąć traumy. Gdy sięgam po dziewiętnastowieczne powieści, ich dawny język jest jednym z elementów, które chcę poznać. Nie wyobrażam sobie “Idioty” pisanego współczesną polszczyzną. To tak jakby na siłę “updatować” Sienkiewicza, zupełnie mija się z celem. I zgadzam się tu z autorką bloga: nowe wcale nie znaczy lepsze!

przekładzie

Parapet Literacki

Co znaczy dla mnie dobre tłumaczenie literatury? O dobrym tłumaczeniu mówię wtedy, kiedy każde zdanie przekładam na obraz, ma swój rytm i brzmi w sposób naturalny, tak jakby ktoś opowiadał. Tłumaczenie literatury to musi być literatura – tak mówi moja mama. Tłumacz nie może po prostu przekładać słowo po słowie, musi dać coś od siebie. Jacek Dehnel kiedyś powiedział, że tłumacz musi być prawie tak dobry jak pisarz. W kwestii posługiwania się językiem, stylistyki i wyobraźni językowej stoją przed nimi takie same wyzwania. Skrajnie irytuje mnie, kiedy ktoś twierdzi, że tłumacz ma być „przezroczysty” i jedynie wiernie oddawać pierwowzór. A co to w ogóle znaczy „wiernie”? Przecież zawsze będzie stał przed wyborem jednego synonimicznego słowa i drugiego, jednej interpretacji i drugiej. To, którą wybierze zależy od jego wrażliwości, czynników osobowościowych.

Wydaje mi się, że momentem kiedy zorientowałam się, że przekład gra ogromną rolę był wtedy, kiedy zaczęłam czytać literaturę nieanglojęzyczną. A może wtedy kiedy w ogóle zaczęłam więcej czytać, czyli po studiach?

Przykłady na lepsze i gorsze tłumaczenie jednego autora można mnożyć. Przychodzi mi na myśl najpierw Henning Mankell. Jego kryminały tłumaczone przez Ewę Wojciechowską czyta się wspaniale, płynnie, bez wysiłku. Natomiast przekłady Grażyny Ludvigsson kolą oczy nieładną polszczyzną, kiepską składnią i jakoś tak brakiem wyobraźni.                                                       Ewidentnie lubię niektórych tłumaczy i jakoś składa się, że są to tłumaczki z języków skandynawskich: Iwona Zimnicka, Justyna Czechowska, Halina Thylwe.

Można powiedzieć, że znikome, ale zawsze, doświadczenie z tłumaczeniem mam sama. Na studiach tłumaczyłam teksty naukowe, a obecnie w pracy krótkie teksty marketingowe. Z angielskiego na polski i odwrotnie. I chociaż nijak się ma to co tłumaczenia literatury, to jednak daje mi pewien zalążek, jakiś cień wyobrażenia jak wymagająca jest to praca. Nie sposób usiąść i przełożyć tekst słowo po słowie, dlatego że każdy język ma inna melodię i swoisty charakter. Tworzysz więc w pewnym sensie nowy tekst, używasz specyficznych metafor i idiomów. Czy wiecie jak trudno przetłumaczyć zgrabny, chwytliwy i krótki (!) marketingowy tekst po angielsku na polski? Tak żeby nie był ciężki, kanciasty i nienaturalny – bardzo.

***

A jak wyglądają Wasze doświadczenia z przekładem? Może sami zajmujecie się tłumaczeniem na co dzień? Wiem, że wśród innych blogerów również są takie osoby, ale nie udało mi się jeszcze do nich dotrzeć z zaproszeniem do #Przekładni. Nie wahajcie się dołączyć do dyskusji!

Może Cię również zainteresować: