Inne, Książka

#Przekładnia: Blogerki o przekładzie literackim

4 maja 2017
przekładzie

W pierwszym wpisie z cyklu #Przekładnia zaprezentowałam kilka książek, w których tłumacze piszą lub dyskutują o przekładzie, ponieważ wyszłam z założenia, że warto oddać głos tym, którzy zajmują się nim na co dzień. W kolejnej odsłonie chcę podzielić się z Wami moimi własnymi przygodami z przekładem literackim. Głównie dlatego, że to właśnie one doprowadziły mnie do wniosku, że jest to temat ważny, a więc wart poświecenia mu nieco większej uwagi. Zwłaszcza w blogosferze, która pomija go niemal całkowicie. Żeby jednak nie było zbyt narcystycznie do opowiedzenia o osobistych doświadczeniach z tłumaczeniem zaprosiłam również kilka innych blogerek, które bardzo cenię. Wszystkie dziewczyny czytają w językach obcych i co za tym idzie, są czułe na rolę przekładu, ponieważ wiedzą ile od niego zależy. Mam więc nadzieję, że przeczytacie nasze wynurzenia z przyjemnością i chętnie podzielicie się własnymi doświadczeniami i przemyśleniami w tej kwestii.

Ci, którzy śledzą Cocteau & Co. regularnie na pewno natknęli się na przynajmniej jeden wpis, w którym zdarzyło mi się skomentować przekład recenzowanej książki. Nie było ich wprawdzie wiele, ale niektóre wzmianki bywały dobitne. Do dzisiaj pamiętam moje zniesmaczenie słowem „dzieciak” pojawiającym się w bardzo szczególnej książce-liście „Nie zmusicie mnie do nienawiści” (do tłumaczenia tytuły swoją drogą też mam spore zastrzeżenia). Niby detal, ale za jego sprawą śmiem twierdzić, że tłumacz nie zrozumiał sensu tej książki, a już na pewno nie poczuł jej intymnej i pełnej czułości atmosfery (cały tekst znajdziecie tutaj). W przypadku głośnego „Małego życia” z kolei odniosłam odwrotne wrażenie. Zaczęłam czytać powieść w oryginale i od początku jej język wydał mi się okropnie trywialny, styl wiał banałem. Po kilkudziesięciu stronach miałam już odpuścić, ale z ciekawości zerknęłam na fragment polskiego tłumaczenia i okazało się lepsze od oryginału! Tłumaczka dodała prozie Yanagihary charakteru, nie ingerując przy tym zbyt mocno w jej sposób pisania. Podejrzewam, że znaczną część sukcesu tej powieści na polskim rynku należy przypisać właśnie niezawodnej Jolancie Kozak.

To jednak nie były moje pierwsze doświadczenia z przekładem. Te miały miejsce jeszcze, gdy byłam nastolatką, a o tym, że któregoś dnia będę prowadzić zajęcia ze studentami po francusku nawet nie śmiałam marzyć, bo znałam zaledwie kilka słów w tym języku. Wtedy właśnie w moje ręce wpadło piękne dwujęzyczne wydanie „Kwiatów zła” Charlesa Baudelaire’a, które okazało się antologią przekładów kilkorga polskich tłumaczy. Nie potrafiąc jeszcze czytać w oryginale po prostu zakochałam się w tych przekładach. Niektóre z nich znałam w całości na pamięć. Co ciekawe, wszystkie tłumaczenia wierszy były tak spójne, że można by odnieść wrażenie, że przełożyła je jedna osoba! Od tamtej pory uwielbiam Baudelaire’a, a gdy już nauczyłam się francuskiego i przeczytałam w końcu oryginały jeszcze bardziej doceniłam doskonałość tych przekładów.

Jakiś czas później dostałam w prezencie nowe wydanie „Kwiatów zła” przygotowane przez Wydawnictwo Zielona Sowa. Podekscytowana zaczęłam je kartkować i od razu trafiłam na mój ukochany „Hymnu do Piękna”, którego „uwspółcześnione” tłumaczenie okazało się bezdusznym szlachtowaniem wers po wersie całej poetyckości frazy francuskiego poety. Słowem, jeśli Baudelaire pisał poezję takim językiem to mówcie mi Adam Mickiewicz. Do dzisiaj omijam to wydanie szerokim łukiem. Jednak ta historia nauczyła mnie, że warto być czułym na przekład, a najlepiej, jeśli mamy taką możliwość, porównywać jego różne wersje. Taka praktyka może nie tylko pomóc nam znaleźć tę, która odpowiada nam najbardziej, ale także zapewnić świetną zabawę. Przeczytajcie zresztą sami jak wygląda to u innych blogerek.

przekładzie

Niespodziegadki

Przekładem (jako procesem i produktem) zainteresowałyśmy się w dzieciństwie, czytając cykl o Harrym Potterze i zamieszczony na końcu każdego tomu słowniczek tłumacza (równie ekscytujący jak sama opowieść o małym czarodzieju, a czasem nawet bardziej!). Od tamtej pory zawsze przed przeczytaniem książki sprawdzamy, kto ją przełożył. Wiele osób (nawet tych związanych zawodowo z literaturą) marginalizuje rolę tłumacza, twierdząc, że ma on pełnić tylko funkcję użytkową, a umieszczanie jego nazwiska w widocznym miejscu to przesada (tak uważał Cervantes, ale to było prawie pięć wieków temu!). W odpowiedzi na takie stwierdzenie proponujemy zwykle wziąć do ręki pierwszą lepszą powieść i przetłumaczyć wybraną stronę – jak mawiał nasz wykładowca, nie ma łatwych tekstów i w tłumaczeniu im więcej wiesz, tym więcej nie wiesz.

Literatura piękna to dla nas nie tylko fabuła, ale też język – może to dlatego tak chętnie sięgamy po oryginały, a potem porównujemy wersję angielską, francuską czy hiszpańską z polskim przekładem. Najwięcej frajdy sprawia nam obserwowanie, jak tłumacz poradził sobie z językowymi pułapkami (a jest ich sporo zwłaszcza w literaturze frankofońskiej, w której francuzczyzna jest naprawdę bujna i potrafi znacznie odbiegać od standardowej). Kiedyś dla zabawy przetłumaczyłyśmy fragment “Zwierzeń jeżozwierza” Alaina Mabanckou – i jakie było nasze zdziwienie, gdy po publikacji polskiego przekładu okazało się, że Jacek Giszczak użył tych samych słów!

Skoro już przy Giszczaku jesteśmy, wspomnimy tylko, że tak jak magazyn Forbes ma swoją listę najbardziej wpływowych ludzi, a People zastanawia się, która aktorka jest najbardziej sexy, Niespodziegadki prowadzą prywatną listę genialnych tłumaczy. Giszczak ma tu zaszczytne miejsce (za przekłady Mabanckou, Trouillot czy Despentes). Obok zasiadają: Małgorzata Szczurek (za Kamela Daouda i Tahara Ben Jellouna), Justyna Czechowska (za Agnetę Pleijel i Idę Linde), Michał Lipszyc (za Mię Couto i Ondjakiego) i Ryszard Turczyn (za “Pianistkę”!). Tyle znakomitych książek ominęłoby polskiego czytelnika, gdyby nie praca tych ludzi!

Zresztą prawda jest taka, że bez przekładu nawet byśmy nie istniały! Nie mamy pojęcia, co by z nami było, gdyby nie wspomniany wyżej Lipszyc i jego magiczne zdolności. Prawdopodobnie nigdy nie przeczytałybyśmy “Lunatycznej krainy” Mii Couto i nie natknęłybyśmy się na uroczy neologizm, który stał się nazwą naszej strony.

.

przekładzie

Niekoniecznie Papierowe

Kiedy dostałam zaproszenie do współpracy w ramach #Przekładni, bardzo się ucieszyłam i spontanicznie odpisałam, że oczywiście wezmę udział. Chwila zwątpienia przyszła później. Co ja mogę powiedzieć na ten temat? Bo postawmy sprawę jasno, moje kompetencje w tym zakresie są marne. Owszem, czytam w obcych językach, swego czasu dorabiałam na studiach tłumaczeniami tekstów nieliterackich z niemieckiego, ale to zupełnie inna bajka. Właściwie czuję się uprawniona jedynie do tego, by z uznaniem wyrazić zachwyt nad tym, jak ciężka jest praca tłumacza.

Cykl na Cocteau & Co. zainspirował mnie jednak do poukładania sobie w głowie tego, co wiem a właściwie sądzę o przekładzie. Nie mam traumatycznych historii i nie mogę sobie przypomnieć czy czytałam w całości polski przekład jakiejś książki. Zdarza mi się natomiast czytać równolegle. Robię tak przede wszystkim z klasyką, ostatnio z “Wichrowymi wzgórzami” czy “Effi Briest”. Oryginał ląduje w formie elektronicznej na czytniku a egzemplarz papierowy po polsku koło łóżka. Ktoś może powiedzieć, że w ten sposób nie jestem w stanie w pełni ocenić tłumaczenia, bo raczej czytam fragmenty naprzemiennie. Uważam, że wręcz przeciwnie. Im swobodniej mogę skakać między tekstami, tym lepsze jest dla mnie dane tłumaczenie.

Zapewne z takiego czytania klasyki wynika też moja awersja do uwspółcześnionych przekładów. Trzymam się od nich z daleka, by uniknąć traumy. Gdy sięgam po dziewiętnastowieczne powieści, ich dawny język jest jednym z elementów, które chcę poznać. Nie wyobrażam sobie “Idioty” pisanego współczesną polszczyzną. To tak jakby na siłę “updatować” Sienkiewicza, zupełnie mija się z celem. I zgadzam się tu z autorką bloga: nowe wcale nie znaczy lepsze!

przekładzie

Parapet Literacki

Co znaczy dla mnie dobre tłumaczenie literatury? O dobrym tłumaczeniu mówię wtedy, kiedy każde zdanie przekładam na obraz, ma swój rytm i brzmi w sposób naturalny, tak jakby ktoś opowiadał. Tłumaczenie literatury to musi być literatura – tak mówi moja mama. Tłumacz nie może po prostu przekładać słowo po słowie, musi dać coś od siebie. Jacek Dehnel kiedyś powiedział, że tłumacz musi być prawie tak dobry jak pisarz. W kwestii posługiwania się językiem, stylistyki i wyobraźni językowej stoją przed nimi takie same wyzwania. Skrajnie irytuje mnie, kiedy ktoś twierdzi, że tłumacz ma być „przezroczysty” i jedynie wiernie oddawać pierwowzór. A co to w ogóle znaczy „wiernie”? Przecież zawsze będzie stał przed wyborem jednego synonimicznego słowa i drugiego, jednej interpretacji i drugiej. To, którą wybierze zależy od jego wrażliwości, czynników osobowościowych.

Wydaje mi się, że momentem kiedy zorientowałam się, że przekład gra ogromną rolę był wtedy, kiedy zaczęłam czytać literaturę nieanglojęzyczną. A może wtedy kiedy w ogóle zaczęłam więcej czytać, czyli po studiach?

Przykłady na lepsze i gorsze tłumaczenie jednego autora można mnożyć. Przychodzi mi na myśl najpierw Henning Mankell. Jego kryminały tłumaczone przez Ewę Wojciechowską czyta się wspaniale, płynnie, bez wysiłku. Natomiast przekłady Grażyny Ludvigsson kolą oczy nieładną polszczyzną, kiepską składnią i jakoś tak brakiem wyobraźni.                                                       Ewidentnie lubię niektórych tłumaczy i jakoś składa się, że są to tłumaczki z języków skandynawskich: Iwona Zimnicka, Justyna Czechowska, Halina Thylwe.

Można powiedzieć, że znikome, ale zawsze, doświadczenie z tłumaczeniem mam sama. Na studiach tłumaczyłam teksty naukowe, a obecnie w pracy krótkie teksty marketingowe. Z angielskiego na polski i odwrotnie. I chociaż nijak się ma to co tłumaczenia literatury, to jednak daje mi pewien zalążek, jakiś cień wyobrażenia jak wymagająca jest to praca. Nie sposób usiąść i przełożyć tekst słowo po słowie, dlatego że każdy język ma inna melodię i swoisty charakter. Tworzysz więc w pewnym sensie nowy tekst, używasz specyficznych metafor i idiomów. Czy wiecie jak trudno przetłumaczyć zgrabny, chwytliwy i krótki (!) marketingowy tekst po angielsku na polski? Tak żeby nie był ciężki, kanciasty i nienaturalny – bardzo.

***

A jak wyglądają Wasze doświadczenia z przekładem? Może sami zajmujecie się tłumaczeniem na co dzień? Wiem, że wśród innych blogerów również są takie osoby, ale nie udało mi się jeszcze do nich dotrzeć z zaproszeniem do #Przekładni. Nie wahajcie się dołączyć do dyskusji!

Może Cię również zainteresować:

  • Recenzenci, nie tylko blogerzy, ale i ci piszący w pismach literackich, w ogóle nie dostrzegają tłumaczy i jakości tłumaczeń (chyba że z przyjemnością mogą wytknąć jakiś czeski błąd albo pomyłkę rzeczową). Zresztą, czego się spodziewać, skoro i blogerzy, i wielkonakładowe tygodniki, i nawet gazety nie mają zwyczaju podawać w opisach recenzowanych książek nazwisk autorów przekładów. To dobitnie świadczy o tym, że tłumacz jest w opinii powszechnej jakimś nieistotnym dodatkiem na stronie tytułowej.
    Większość czytelników jest zresztą też obojętne, czy czytają Austen w przekładzie Przedpełskiej-Trzeciakowskiej, czy w jakimś tanim wydaniu lekturowym z marnym tłumaczeniem albo wręcz w nieco podrasowanej wersji jakiegoś archaicznego tłumaczenia, które ma tylko tę zaletę, że jest za darmo.
    Tak mi się ulało z własnych doświadczeń 😛

    • Nie wiem jak pozostałym dziewczynom, ale mi przez chwilę słabo się
      zrobiło, jak zobaczyłam, że komentujesz. Dobrze, że w pierwszym akapicie
      wyraziłam podziw dla pracy tłumacza. 😉 Ale żarty na bok. Bardzo ważna
      uwaga o umieszczaniu nazwiska w blogowych recenzjach. I muszę uderzyć się w piersi i poprawić to u siebie. Tym bardziej, że nie dla wszystkich jest oczywiste, że dzięki czyjejś ciężkiej pracy mogą czytać dobrą literaturę po polsku.

      • Ratunku, ludożerca przyszedł! Skąd ta panika?? Ja ogólnie mily jestem 😀
        Praca tłumacza jest (zwykle) fajna, chociaż żmudna, męcząca, (zwykle) średnio płatna, to chociaż miejmy tę satysfakcje, że recenzenci nazwisko podadzą, niech nawet słowa nie napiszą o samym tłumaczeniu. Zresztą, jak nie piszą o przekładzie, to znaczy, że się dało radę i nie ma się do czego przyczepić 😀

        • Przyznaję, że o tłumaczu piszę albo tam, gdzie mogę wytknąć czeski błąd (:P), albo tam, gdzie przekład jest tak dobry, że wstyd by było o tym nie napisać. Natomiast zgadzam się, że generalnie bardzo mało się mówi o tłumaczach, chociaż często po nazwisku tłumacza można stawiać niemal w ciemno, czy sięgać po książkę (w ogóle albo w danym wydaniu).

          • Nie mam nic przeciwko wytykaniu błędów w tłumaczeniu, ale zwykle albo kończy się na ogólnikach (fatalne tłumaczenie), albo po wskazaniu jednego czy dwóch błędów następuje wrzutka, że przekład do kitu jak widać z przytoczonych przykładów 😛 No ale to osobna kategoria czytelników, którzy po znalezieniu jednej literówki w 500-stronicowej książce wrzeszczą, że skopana korekta 😀

          • No właśnie, bo tu już wchodzimy na grząski grunt czytelników, którym się zasadniczo i tak nie będzie podobało (jeśli nie tłumaczenie, to może coś innego) — ale może wyjaśnienie kryje się tu też w tym, że a) lubimy wielkie kwantyfikatory (czyli nie „znalazłem dwa błędy”, ale właśnie „przekład jest do kitu”, bo o ileż mocniej brzmi takie stwierdzenie ;-)), b) zapamiętujemy to, co nas akurat zirytowało (właśnie te dwa błędy) i o nich będziemy mówić i pamiętać?

          • Wszystko prawda, szczególnie b. Sam kiedyś straciłem serce do bardzo przyjemnej książki, bo tłumaczka użyła jednego(!) absolutnie niewłaściwego dla czasu i miejsca akcji słowa. Ale to było jak wbicie mi gwoździa w serce 😀

          • Anna Kotlińska-Bubała

            O to ja to ja, chociaż nie od razu wrzeszczę, tylko jak jest 5. Bo wsiąkłam ostatnio w korektę 😉 A nazwisko tłumacza podaję 🙂
            PS. Piotr nie jest ludożercą, jest bardzo sympatyczny (i dobrze tłumaczy, i Kasia też, a w tandemie są niepokonani) 😀

          • No jak po pięciu, to ujdzie 😛
            Ja to dziś nic innego nie robię, tylko się rumienię. Uprzejmie dziękuję, przekażę wyrazy małżonce 😀

        • Oczywiście! Bardzo miły. To wynikało z podekscytowania i świadomości kto zacz. 🙂
          Widzę, że wyżej poruszyłeś temat porównywania z oryginałem. Ja się ostatnio nad tym coraz częściej zastanawiam, bo z jednej strony nie wyobrażam sobie, żeby wypowiadać się na temat jakości przekładu bez znajomości oryginału, ale z drugiej, tak jak piszesz, jak ktoś się rypnie, to widać (czasem nawet takie piękne kalki-potworki językowe). Czyli jednak można, czy nie można?

          • Kto zacz? Coraz lepiej 😀
            Moim zdaniem można bez oryginału – wtedy po prostu nie piszesz, że jest złe słowo/termin, tylko sobie domniemywasz, czy aby faktycznie zostało użyte właściwe 😛 Takie rzeczy często wychodzą przypadkiem, jak tutaj: http://plaszcz-zabojcy.blogspot.com/2012/08/odcinek-415-virginia-woolf-1920-rok.html, polecam komentarze 😀
            A w ogóle to najbardziej pasjonujące jest porównywanie dwóch przekładów tej samej książki, wtedy to jest dopiero mnóstwo miejsca na czytelnicze zdziwienia 😀

          • Popłakałam się już nad klozetem, a przy sraczu mój komputer zaczął pluć iskrami od nadmiaru wilgoci. 😀

          • To były piękne dyskusje 😀

    • Niespodziegadki

      Nie wiedziałyśmy, że jesteśmy aż takimi dziwadłami 😀 Nie dość, że zawsze podajemy nazwisko tłumacza, to jeszcze zwykle piszemy o autorach przekładów w samych superlatywach, to znaczy zwracamy uwagę czytelników raczej na teksty świetnie (naszym zdaniem) przełożone, niż wytykamy tłumaczowi mało istotne pomyłki. Drobne potknięcia mogą zdarzyć się każdemu – wystarczy spróbować przełożyć kawałek dowolnej powieści, żeby przekonać, jak trudno uniknąć kalek czy średnio trafnych sformułowań (za te współodpowiedzialni są zresztą korektor i redaktor). Może to oskarżanie tłumacza o nieudolność po wytropieniu jednej literówki wynika z tego, że czytelnicy z jednej strony czują, że wypadałoby jakoś ten przekład skomentować, a z drugiej – nie bardzo wiedzą, jak się za to zabrać?

      • Jesteście po prostu w porządku 😀
        Czytelnicy i część recenzentów pewnie boją się wgłębiać w niuanse przekładu, uznając, że tłumacz ma większe kompetencje językowe, stosowne wykształcenie itepe., a przekład można ocenić po porównaniu go z oryginałem. To drugie zresztą jest prawdą (bo pierwsze niekoniecznie). Czasem jednak nie trzeba widzieć oryginału, żeby wiedzieć, że tłumacz się sypnął. A jak się takich sypek widzi za dużo, no to wiadomo 😛

  • Zastanawiam się, jak to jest z tym uwspółcześnianiem i chyba nie zawsze warto się srożyć na taki proceder. Bo przecież to, że język w oryginale jest z epoki nie zawsze da się oddać (w końcu nie wszystkich klasyków mamy przełożonych — tu patrzę wymownie na stosy czeskiej literatury; a nie wyobrażam sobie do końca takiego tłumaczenia na przykład Aloisa Jiráska, żeby dzisiaj oddać jakoś tę jego końcowo-dziewiętnastowieczną czeszczyznę), to raz. A dwa, że może jednak szukać odpowiedniej formy, nie zawsze równającej się z formą, w jakiej jest napisana dana powieść, jeśli chodzi o język…?

    • Tu są różne szkoły. Dąbrowska na przykład przełożyła Pepysa jakąś XVII-wieczną stylizacją, a potem okropnie żałowała, że jednak nie poszła w język współczesny. Na pewno by się to lepiej czytało 😀
      Niedawno tłumaczyliśmy z żoną książkę o obozie koncentracyjnym. I autorka używała takich gładkich słów jak więźniarski uniform i łóżko – pytanie, czy lepiej byłoby zostawić tak, jak ona napisała, czy jednak użyć „fachowych” terminów pasiak i prycza. Cokolwiek zrobisz i tak cię skrytykują, o ile ktokolwiek w ogóle się nad przekładem pochyli 😛

      • To rzeczywiście nie jest łatwa decyzja. W przypadku wiersza Baudelaire’a, o którym wspomniałam ten pierwszy przekład, autorstwa Zbigniewa Bieńkowskiego, wcale nie był jakiś bardzo archaiczny pod względem językowym, ale dużo lepiej, moim skromnym zdaniem, oddawał frazę i ton oryginału. Natomiast Wydżga po prostu zmasakrował ten wiersz. W każdym razie ja nie potrafię przełknąć jego tłumaczenia (niestety nie mam książki przy sobie, a nie udało mi się go znaleźć w internecie żeby móc porównać obie wersje).
        PS: I co zdecydowaliście w sprawie pasiaka i pryczy?

        • Tłumaczenie poezji to w ogóle jest jazda bez trzymanki, kiedyś z opadniętą szczęką czytałem „Ocalone w tłumaczeniu” Barańczaka, pełen podziwu 🙂
          W kwestii terminologii uznaliśmy, że idziemy na całość, żadne tam ugrzecznione omówienia.

    • Ja również ostatnio mam okazję porównywać stare i nowe tłumaczenia klasyki przy akcjach czytania z kilkoma innymi blogerkami Flauberta i Dostojewskiego. Trudno mi powiedzieć w przypadku Idioty, które jest dla mnie przystępniejsze (bo Idiota w ogóle taki mało przystępny), ale przy Pani Bovary wolałam stary przekład Micińskiej.
      Wewnętrznie oczekuję tak czy inaczej żeby książka napisana w XIX wieku nie była przetłumaczona językiem współczesnym i tutaj zgadzam się z Niekoniecznie papierową opinią.

      • Mam tak samo, dziewiętnastowieczni bohaterowie mówiący językiem współczesnym nie mają dla mnie większego sensu. To prawie tak jakby mówili po staropolsku – zgrzyta strasznie i nic na to nie poradzę!

      • O, wspólne czytanie to faktycznie bardzo dobra okazja do porównywania przekładów. Tym bardziej, że nie trzeba wszystkiego czytać samemu. No i te przygody z godziną przyjazdu pociągu. <3

        • Musimy pomyśleć o takim wspólnym czytaniu w ramach naszej akcji. Co Wy na to dziewczyny? 🙂

          • Ja jestem za. To świetny pomysł!

          • O i ja jestem za! 🙂 Karo zapraszam do kolejnego wspólnego czytania klasyki, zapewne w czerwcu 🙂
            A i w ramach naszej akcji byłoby świetnie coś wspólnie poczytać 🙂

  • Dobry wieczór, a ja dopiero miałam czas spokojnie przeczytać co tutaj nam wspólnie wyszło. I wyszło super :). Dziękuję Ewelino za zaproszenie do wspólnego pisania i już czekam na kolejne działania :). Karo dzięki Tobie przypomniałam sobie, że i ja w domu mam „Wichrowe wzgórza” w oryginale i w tłumaczeniu. Chyba sobie zorganizuję taką sesję czytelniczą jak Ty 🙂

    • To ja dziękuję, że od razu się zgodziłaś! 🙂

  • Ciekawy wpis! O przekładach niewiele się mówi. Ostatnio pisałam artykuł o rodzinie naukowców, tłumaczy i filologów – rodzinie Przebindów z Krakowa, która dokonała trzeciego polskiego przekładu „Mistrza i Małgorzaty” Bułhakowa w wydawnictwie Znak. Artykuł właśnie ukazał się drukiem:-) Wiele rozmawiałam z państwem Przebindami na temat roli tłumacza i przekładu, prof. Grzegorz Przebinda powiedział mi m.in. „Tłumacz nie powinien tłumaczyć dosłownie i niewolniczo trzymać się tekstu, ideałem byłoby przełożyć dzieło tak, jakby to sam Bułhakow napisał je po polsku”.

    • Bardzo ciekawa i słuszna opinia, bo chyba tylko w taki sposób można uzyskać tekst, który brzmi naturalnie, a nie jak jednak wielka kalka z oryginału. Tylko żeby taka operacja się udała trzeba naprawdę uzdolnionego tłumacza-pisarza. A gdzie można przeczytać Twój artykuł? Zaintrygowałaś mnie! 🙂

      • Artykuł jest na razie w wersji papierowej . Jak zostanie dodany na portal, w wersji on-line, na pewno go podlinkuję u mnie na FB:-) I jeśli nie zapomnę, to wrzucę Ci link w komentarzu;-)

  • Karolina Nos-Cybelius

    Wow, świetna inicjatywa 🙂 Przekładniowy wielogłos. Czekam na wiecej. Dzięki wam na pewno wzrośnie świadomość czytelników. Sama coraz częściej zwracam uwagę na jakość przekładu, a jak mnie coś wyjątkowo zafascynuje, porównuję kilka tłumaczeń i staram się docierać do oryginałów. Szczególnie jeśli chodzi o poezję. P.S. Przypomniałaś mi, że mam wstydliwą czytelniczą zaległość. „Małe życie”. Od premiery już sporo minęło, ale książka nadal budzi emocje i dyskusje. Chyba sobie zażyczę na dzień dziecka 😉

    • Gdybyś chciała się zaangażować w cykl #Przekładnia to oczywiście zapraszamy do naszego grona! 🙂 A co do „Małego życia”, to jest rzeczywiście kontrowersyjna książka, która ma chyba tyle samo „wyznawców” co zapiekłych wrogów. Ja nie zaliczam się do żadnej grupy, ale jak już to bliżej mi do tych będących na „tak”, z tym, że opisywaną historię należy widzieć bardziej jako hiperbolę, wtedy to ma sens. Nie ukrywam, że byłabym ogromnie ciekawa Twojej opinii. 🙂

  • Bardzo ciekawy tekst, a Wasza rozmowa w komentarzach nie gorsza 🙂

    Ze złymi przekładami jest łatwiej — coś w nich zgrzyta, człowiek potyka się na dziwacznych zdaniach, na kalkach i innych wpadkach. No i czasami zdarzają się beznadziejne przekłady (co udowodnił na przykład Paweł Pollak, bezlitośnie rozjeżdżając tłumaczenie „Marsjanina”, kojarzycie?), ale żeby się wymądrzać trzeba mieć kompetencje i możliwość porównania tekstu z oryginałem.
    A dobre tłumaczenia? Długo myślałam, że są trochę niewidzialne 🙂 Później okazało się, że zwracam uwagę na przykład na przekłady Iwony Zimnickiej, za każdym razem trafiają do mojego serducha. I zasłaniam się tu serduchem, bo nie umiem merytorycznie wskazać, co jest w nich takiego dobrego. To przecież są różne książki, autorzy, gatunki i styl, a jednak za każdym razem, zanim poznam nazwisko tłumacza, czuję, że wszystko gra. To co z tą niewidzialnością? 🙂

    • Ciekawe ujęcie tematu. Niektórzy tłumacze rzeczywiście mają tak dobry warsztat i styl, że czytelnik rozpoznaje ich przekłady od razu. Czasem nawet można się bardziej przywiązać do tłumacza niż do pierwotnego autora tekstu. 🙂 Ostatnio postanowiłam wrócić do książki, którą czytałam bardzo dawno temu, i która wówczas mnie zachwyciła. Jako że teraz mogę przeczytać ją w oryginale sięgnęłam po tekst francuski. Oczywiście jest on wspaniały, ale z pewną nostalgią myślę o tamtym przekładzie, który sprawił, że pokochałam tę książkę. 😉

  • Mea Culpa/ Z książką do łóżka

    Ja już pisałam Ci przy okazji pierwszego wpisu, że do tej pory nie zwracałam szczególnej uwagi na tłumaczy, ale chciałabym to zmienić. To już drugi wpis, który mnie do tego przekonuje 🙂 Ogólnie podoba mi się pomysł na ten cykl, bo rzadko kto podejmuje się tej tematyki, co zostało już zresztą zauważone.

    • Tłumaczenie jest bardzo ważne, więc warto się nad nim pochylić. Jeśli ten cykl choć trochę przekona do tego innych to będę przeszczęśliwa. 🙂

  • Pingback: Warszawskie Targi Książki 2017 | parapet literacki()

  • Ach, słowniczek na końcu tomów „Harry’ego Pottera” zaiste był fascynujący! 🙂 ja osobiście mam coś w rodzaju mściwej satysfakcji za każdym razem, gdy uda mi się wytropić błąd czy niezręczność w przekładzie widoczną nawet bez porównywania z oryginałem. Zawsze mi się wtedy ciśnie na usta, że zrobiłabym to lepiej – ale doskonale wiem, że to bardzo złudne. Z tłumaczeniem jest trochę tak, jak z redakcją i korektą – wielu ludziom się wydaje, że jeśli potrafią czytać w obcym języku (tudzież: poprawnie stawiać przecinki), to bez problemu mogą wykonywać taki zawód. A tymczasem rzeczywiście sporo prawdy jest w tym, że tłumacz sam musi być dobrym pisarzem. To jest sztuka. Mocno w naszym kraju niedoceniana, ale prawdziwa sztuka.

    • Otóż to! Z mojej strony polecałabym każdemu błyskawicznemu krytykantowi, bo o krytyku tu już trudno mówić, żeby najpierw sam przysiadł i spróbował przetłumaczyć stronę czy dwie, a najlepiej cały rozdział (i żeby to nie była proza pani E. L. James tylko coś co ma formę i treść). Zobaczymy, czy potem też będzie taki mądry. 😉

      • O pardą, ale nie ma nic trudniejszego do przełożenia niż prymitywna siekanka oparta na dwóch czasownikach i kolekcji zaimków 😛 Polska tłumaczka Greya ponoć się konkursowo wyłożyła.

  • Pingback: "Wte i wewte. Z tłumaczami o przekładach" Adama Pluszki, czyli #przekładnia | parapet literacki()

  • Anna Bittner

    Od zawsze zwracam uwagę na przekład, komentuję często (może mogłabym częściej?) w notkach na blogu, zwłaszcza jeśli zwrócił moją uwagę. To mój konik, pasja i nie do końca spełnione marzenie zawodowe (mam na koncie zaledwie kilka przekładów literackich i mnóstwo zwykłych tłumaczeń), a słowniczek z Harry’ego tez przeglądałam z ciekawością.