Książka

Ucieczka bezsilnych. „Projekt: Prawda” Mariusz Szczygieł

24 maja 2016
Projekt: Prawda, Mariusz Szczygieł

Podobno Mariusz Szczygieł ma dość pozytywnych recenzji i marzy o tym, by ktoś porządnie go skrytykował. Zła wiadomość: niestety, Panie Mariuszu, po raz kolejny wydał Pan książkę dobrą, może nawet bardzo dobrą, której nie sposób nie docenić. Gorzej nawet, „Projekt: Prawda” to nie tylko zbiór historii interesujących i dobrze napisanych, ale także, nie bójmy się tego słowa, głębokich (nie mylić z chwytliwą patetycznością). Z drugiej strony, jeśli się dobrze zastanowić, może autor, obierając sobie za cel poszukiwanie prawdy, po prostu kokietuje czytelnika? W końcu każdy z nas do jakiejś prawdy, mniej lub bardziej świadomie, dąży i jest ciekaw prawd innych ludzi, toteż ta książka nie może nie być trafna. Na szczęście Mariusz Szczygieł idzie w tym projekcie jeszcze dalej, momentami znacznie zbaczając z dotychczas obieranej ścieżki reportera.

Właściwie mogę powiedzieć, że autor „kupił” mnie już na wstępie, jeszcze zanim przeczytałam pierwsze zdanie „Projektu: Prawda”. W książce pojawia się bowiem motto – zdanie wyjęte ze „Szkiców piórkiem” Andrzeja Bobkowskiego, niezwykłego dziennika, który towarzyszy mi od lat, a im dłużej mieszkam we Francji, tym bardziej zgadzam się z absolutnie każdym słowem, które Bobkowski napisał na temat tego kraju i społeczeństwa, jak i z wieloma innymi jego refleksjami (do „Szkiców piórkiem” wrócę tu jeszcze na pewno). Otwieram więc książkę Szczygła, a tu Bobkowski – nie ma ratunku – myślę – chciałam być krytyczna, nie dać się omamić przyjaznemu wizerunkowi reportera, ale skoro Szczygieł lubi Bobkowskiego, a ja lubię obu to zadanie jest podwójnie utrudnione. Pierwszy akapit pierwszego tekstu „Wsiadłem do taksówki. Jeszcze nie wiedziałem, że wszystko jest morderstwem.” Poddaję się, wiem już, że to będzie dobra lektura.

„Projekt: Prawda” jest jednak książką niejednolitą z racji podziału na trzy części, z czego pierwsza ma charakter bardziej osobisty, druga to powieść Stanisława Stanucha „Portret z pamięci”, czyli historia, która zainspirowała Szczygła do poszukiwania ludzkich prawd, a ostatnią stanowi właśnie zbiór owych mniejszych i większych prawd, z których większość ukazała się wcześniej w postaci felietonów w „Gazecie Wyborczej”. Z racji tego, że opowieści i osobiste odkrycia bohaterów trzeciej części czytałam w miarę regularnie jeszcze na łamach GW, moją uwagę przykuły przede wszystkim pierwsze dwie, w których ton nie jest już tak lekki, felietonowy. Teksty otwierające książkę to próba zmierzenia się autora z utratą i pustką, którą ta utrata powoduje. Mimo iż Szczygieł stara się zachować swój swobodny, nienachalny styl opowiadania, z tych kilku mini-rozdziałów wyłania się inna, bardziej osobista twarz reportera, co według mnie, działa na korzyść książki, uwiarygadnia ją i utwierdza czytelnika w przekonaniu, że w tym projekcie chodzi jednak o coś więcej, niż zwykłą zabawę w poszukiwanie prawdy, w pytanie o nią przypadkowych ludzi, jakbyśmy pytali o ich ulubiony kolor.

Projekt: Prawda, Mariusz Szczygieł

Szczygieł mierzy się tu z jedną z najbrutalniejszych prawd jakich doświadczamy w życiu, że ten kogo utraciliśmy już nie wróci. Pisanie jest nieudolnym, acz wydaje się, niezbędnym sposobem na okiełznanie tej pustki i bezsilności, utrwalenie tego, co pozostało, o czym zapomnieć nie chcemy. Książka Stanucha pojawia się w tej opowieści o radzeniu sobie ze stratą właściwie przez przypadek i okazuje się ważnym bodźcem dla autora. Dlatego właśnie reporter postanowił przypomnieć ją czytelnikom w całości. Czytając tę powieść, chyba po raz pierwszy, odczułam tak wyraźnie, jak istotne jest nasze obecne nastawienie do życia w momencie lektury i jak bardzo wpływa ono na nasze jej odczytanie. Jeszcze kilka lat temu, w czasach egzystencjalno-emocjonalnej zawieruchy wieku nastoletniego, Stanuch mógłby pewnie walczyć o miejsce w moim prywatnym Panteonie, dzisiaj natomiast miewałam momenty zawieszenia i oglądanie rzeczywistości oczami jego bohatera bywało dla mnie meczące. Nie zmienia to jednak faktu, że „Portret z pamięci” wydał mi się powieścią nadzwyczaj współczesną jak na czasy, w których został napisany i jestem w stanie doskonale wyobrazić sobie dlaczego przemówił do autora „Projektu: Prawda”. Poza tym, warto tę książkę przeczytać, choćby dla kilku elektryzujących fragmentów rzeczywiście godnych francuskich egzystencjalistów.

Jeśli zaś chodzi o projekt Mariusza Szczygła, ma on również to do siebie, że skłania czytelnika do zastanowienia się nad jego własną prawdą. Mimowolnie zaczęłam więc szukać w pamięci wydarzenia, które pomogło mi odkryć jakąś prawdę na własny użytek i chociaż nie jestem wcale pewna co do prawdziwości znalezionej prawdy, w sposób naturalny moje myśli powędrowały do listopadowych wydarzeń w Paryżu, o których zresztą autor również wspomina w jednym z tekstów.

[Prawda autorki, którą można pominąć i przejść do podsumowania]

Drugiego dnia po zamachach wybrałam się do centrum miasta na umówione spotkanie z dwiema znajomymi, będącymi w Paryżu przejazdem. Bynajmniej nie z chęci przyłączenia się do „tarasowej résistance” Francuzów, do której mam nadal stosunek dość ambiwalentny, a zwyczajnie z braku miejsca, znalazłyśmy się na tarasie kawiarni z tłumem puszczających ostentacyjne dymki oporu Paryżan. W pewnym momencie dało się zaobserwować wzmożony ruch radiowozów, a kelnerzy zaczęli nagle poprosić gości o wejście do środka, w pośpiechu zasłaniać okna i kierować wszystkich na piętro. Sala natychmiast rozszeptała się o kolejnej strzelaninie gdzieś w pobliżu i zbiegłych terrorystach, wszyscy gorączkowo rzucili się do telefonów. Bardziej zestresowana znajoma zaczęła wypytywać grupę ludzi przy stoliku obok o to, co się właściwie dzieje. I nagle jedna z dziewczyn, którą, w normalnej sytuacji, podejrzewałabym pewnie o najwyższy stopień pretensjonalności, sądząc po zaobserwowanym jeszcze na tarasie sposobie bycia i noszenia się, oraz typowo paryską niechęć do obcych, zaproponowała nam pójście wraz z nią i jej przyjaciółmi do jej niewielkiego mieszkania przy sąsiedniej ulicy, gdy tylko będzie można opuścić lokal, aby przeczekać obławę w mniej stresujących warunkach. Mimo że alarm szybko okazał się fałszywy, nieznajoma nalegała, by wziąć jej adres i numer telefonu, „na wszelki wypadek”.

Nie jest to oczywiście prawda rewolucyjna, a najzwyklejsza w świecie prawda ludzi przypartych do muru (choć dziewczyna z kawiarni mogła przecież zupełnie zlekceważyć niepokój mojej polskiej znajomej), jednak dzięki tej sytuacji przekonałam się, że Francuzi, oprócz skupienia na własnym nosie i często mało produktywnego dyskutowania o wszystkim i o niczym, „przesypywania błyszczących paciorków i cekinów”, jak celnie opisywał to Bobkowski, bywają zdolni do porywów bezinteresownej solidarności. Druga prawda, która utkwiła mi w pamięci po listopadowych zamachach, to prawda małego Brandona i jego taty, pasująca jak ulał do zbioru Mariusza Szczygła.

Podsumowując, „Projekt: Prawda” jest książką dobrą, z gatunku tych, nad którymi trudno przejść obojętnie, choć mnie osobiście zabrakło w niej nieco nowych tekstów, historii nieznanych z felietonów, być może warto byłoby bardziej rozwinąć pierwszą część zbioru. Trudno jednak wymagać od autora całkowitego odkrycia się przed czytelnikiem. Jedno jest natomiast pewne – Mariusz Szczygieł kończy książkę słowami: „Drodzy Pisarze i Autorzy, to, co naprawdę, po nas zostanie, to piękny letni dzień.” Obawiam się, że w tym przypadku, autor jest stanowczo za skromny, lub po prostu dalej nas kokietuje.

Projekt: Prawda, Mariusz Szczygieł

.

Projekt: Prawda

Mariusz Szczygieł

Dowody na Istnienie

2016

.

Follow my blog with Bloglovin

Może Cię również zainteresować: