Książka

Rzecz o dzieciństwie i umieraniu. „Po trochu” Weronika Gogola

31 lipca 2017
„Po trochu” gogola cocteauandco

Tak zwany „nurt wiejski” w polskiej literaturze ostatnich lat jest nadal bardzo mocny i „Po trochu” Weroniki Gogoli zdaje się to potwierdzać. Ten błyskotliwy debiut młodej pisarki to kolejny literacki powrót do dzieciństwa spędzonego w wiejskim, choć nie zawsze sielskim pejzażu. Temat podejmowany między innymi przez Wiolettę Grzegorzewską w głośnych za sprawą nominacji do Man Booker International „Gugułach” czy Bronkę Nowicką w zbiorze poetyckim „Nakarmić kamień” staje się dla Gogoli punktem wyjścia dla jej własnej opowieści. Tegorocznej debiutantce udaje się jednak wyróżnić na tle poprzedniczek z racji zestawienia w swojej prozie dwóch niebanalnych elementów – humoru i śmierci. „Po trochu” jawi się więc jako historia dorastania i odchodzenia, w której kawałek po kawałku tracimy dziecięcą naiwności i przybliżamy się do tego, co nieuniknione. Co jednak najważniejsze, Gogola dba o to byśmy wobec spraw ostatecznych zachowali zdrowy dystans i nie nadużywali wielkich słów.

„Po trochu” rozpoczyna się od przytoczenia pieśni żałobnej, swego rodzaju ludowego requiem, pochodzącej prawdopodobnie ze Śpiewnika Peplińskiego, z tekstem datowanym na drugą połowę XIX wieku. Pieśń, której pierwsze trzy wersy nie pozostawiają wątpliwości, co do jej wymowy: „Żegnam cię, mój świecie wesoły/ Już idę w śmiertelne popioły/ Rwie się życia przędza, śmierć mnie w grób zapędza” jest podzielona na dwanaście strof, gdzie każda z nich odpowiada godzinie czuwania przy zmarłym. Układ i kolejne tytuły rozdziałów książki powielają tę konstrukcję i wprowadzają pewnego rodzaju rytm do prozy Gogoli. Mimo że autorka już na wstępie wprowadza nas w krąg śmierci i rytuałów pożegnania a umieranie jest nieustannie obecne w kolejnych rozdziałach „Po trochu” nie epatuje turpizmem. Wręcz przeciwnie, dla Gogoli odchodzenie jest czymś tak naturalnym jak dorastanie, rak jest jak grypa – jedno i drugie wciąż krąży wokół nas, a śmiertelne wypadki zdarzają się codziennie. Dlaczego więc nie napisać o tym tak jak się pisze o dziecięcych zabawach i pierwszych szkolnych miłościach? Z lekkością, bez zawodzenia. W końcu, jak sugeruje doskonały dokument krótkometrażowy Małgorzaty Szumowskiej, „A czego tu się bać?”.

„Po trochu” gogola cocteauandco

Nie bez powodu wspominam ten film. Gdy czytałam „Po trochu” w tyle głowy majaczyły mi dwa rodzaje obrazów. Te z dokumentu Szumowskiej, w których mieszkańcy podlaskiej wsi opowiadają o swoich obrzędach związanych z pochówkiem zmarłych i moje własne wspomnienia z czasów, kiedy jako dziecko spędzałam część wakacji u dziadków na wsi. Nic nie intrygowało mnie równie mocno, co ta bliskość ze zmarłym, którą na wsi manifestowano wówczas tak naturalnie, podczas gdy w mieście była już absolutnym tabu. Gogola umiejętnie opisuje wszystkie elementy ludowego obchodzenia się ze śmiercią – wystawianie otwartej trumny, wspólne odmawianie różańca, w którym uczestniczy cała wieś, zdjęcia pośmiertne, ale także dziecięcą ciekawość jak wygląda zmarły i co dzieje się z nim po zamknięciu wieka. Mała bohaterka odkrywa świat, a odkrywając go odkrywa również śmierć, to że czasem przychodzi powoli, jak w przypadku mamy przyjaciółki, u której wykryto raka a innym razem nagle, bo „u Gogoli chłopy umierają wcześnie”, bez przyczyny („Szedł i mu się umarło”). Bywa też, że zadajemy śmierć sami, wcale nie z premedytacją a z miłości…

Ja też raz zabiłam kota, ale to z miłości, niechcący. Był bardzo mały i chciałam go przytulić. I przytuliłam go za bardzo. Nie wiem, czy nie pójdę za to do piekła. Ale skoro z miłości, to może nie? Nie wiem. Bardzo się bałam piekła, widziałam, jak wygląda: mieliśmy w domu wielki album z obrazami malarza, który się nazywał Bosch. On dobrze wiedział, jak wygląda piekło, i wszystko to namalował. Mam nadzieję, że Boga da się oszukiwać. Wiedziałam, że tego kociaka mi wybaczy, bo to z miłości, ale nie wiem, czy nie zauważył, że nie byłam na wszystkich dziewięciu pierwszych piątkach.                                                                                                                                                                                                                                                               Weronika Gogola „Po trochu”

„Po trochu” jest napisane żywym, barwnym językiem naśladującym dziecięcy słowotok, w którym przeskakujemy z tematu na temat, jednak w sposób tak płynny i pełen lekkości, że czytelnik z przyjemnością daje się zwodzić nieletniej narratorce. Ta z kolei nie ma nic wspólnego z potulnym, zagubionym dzieckiem. Jest wręcz jego antytezą – przebojowa, zadziorna, jeśli trzeba pobije kolegę z klasy (ewidentnie zasłużył!) lub wymyśli sobie na zabój zakochanego w niej męża-romantyka w wiecznej delegacji. Słowem, nie pozwoli by ktokolwiek wszedł jej na głowę i nawet śmierci śmiało zajrzy w oczy, gdy ta stanie jej na drodze.

Dzięki swojej książce Gogola zabiera nas w świat dzieciństwa, lecz nie tego słodko-naiwnego, owianego mgiełką nostalgii a raczej tego, w którym zdarte kolana krwawią a woda utleniona szczypie niemiłosiernie, choć fajnie się pieni i czasem trzeba wziąć los we własne ręce, nawet gdy ma się tylko kilka lat. Dla czytelników urodzonych, tak jak autorka, w latach 80-tych, na pewno będzie to wyjątkowa podróż w czasie, bez względu na to czy wychowali się na wsi czy w mieście. Draże Korsarz, „Xena. Wojownicza księżniczka” oraz gazety „Bravo” i „Popcorn” to uniwersalne wehikuły czasu, wobec których po prostu nie można pozostać obojętnym, wspomnienia uruchamiają się same. Natomiast wszyscy czytelnicy na pewno docenią bezpretensjonalność i inteligencję tej prozy, według mnie zdecydowanie lepszej od „Guguł”, bynajmniej nie z racji prywatnej fascynacji śmiercią, o którą możecie zacząć mnie podejrzewać po tym tekście.;)

„Po trochu” gogola cocteauandco.

Po trochu

Weronika Gogola

Wydawnictwo Książkowe Klimaty

2017

.

.

Może Cię również zainteresować:

  • Przekonały mnie draże 😉 A tak serio – bardzo chętnie przeczytam, nie tylko ze względu na nostalgię skierowaną w stronę lat 80-tych.

    • Draże to rzeczywiście mocny argument. 😉 Przeczytaj koniecznie, jestem ciekawa Twojej opinii.

  • Kurcze, muszę przyznać, że czuję się zaintrygowana. Ostatnio ciągnie mnie do tego wiejskiego nurtu, więc coś czuję, że ta pozycja może być odpowiedzią na moje potrzeby. 🙂 Przyjrzę się jej. 🙂

    • Warto! To jest nurt wiejski, ale w dobrym stylu, wyważony, bez naciągania. 🙂

  • Połknęłam wczoraj – bynajmniej nie po trochu – pośród szumu fal 😉 Na pewno książka nie uniknie porównań z „Gugułami”, bo jest podobna tematycznie, objętościowo i w jakiś sposób to ta sama historia tyle, że opowiedziana przez inną osobę i nieco inaczej. Chyba się zgodzę, że robi większe wrażenie niż powieść Grzegorzewskiej. Niby analogiczne doświadczenia i proces dorastania, ale u Gogoli jest mroczniej, a jednocześnie – co zauważyłaś w tekście – bez patosu, za to z czarnym humorem. Świetnie oddała naiwną perspektywę dziecka. Momentami te infantylne obserwacje wydawały mi się lekko przerysowane, ale ostatecznie są dość autentyczne. No i zakończenie… Zabiło mnie. Przeniosłam się o kilka lat w przeszłość, widziałam unoszącą się i opadającą klatkę piersiową mężczyzny w trumnie. Widać to dość powszechna reakcja… niezgoda na odejście i umysł/wzrok płatający figle…

    Oby więcej takich opowieści, bo chociaż podobne, to jednak inne i chyba nigdy mi się nie znudzą. I sukcesów literackich Gogoli!

    • Zgadzam się w stu procentach. Na mnie też tak książka zrobiła zdecydowanie pozytywne wrażenie, mimo relatywnie mało odkrywczego tematu. Jestem ciekawa, w którą stronę pójdzie autorka przy następnej powieści.