Książka

Plany czytelnicze na 2017 rok

16 stycznia 2017
plany czytelnicze 2017

Zdaję sobie sprawę z tego, że to już połowa stycznia i wszyscy blogerzy już dawno podsumowali ubiegły rok oraz ogłosili swoje plany czytelnicze (i nie tylko) na 2017. Niemniej, jako umiarkowana zwolenniczka rankingów, postanowiłam pójść własną drogą i na zestawienie najlepszych książek roku minionego raczej nie macie co liczyć – zresztą chyba trudno byłoby mi dokonać wyboru – za to chętnie podzielę się z Wami moją skromną listą autorów i książek, z którymi chciałabym spędzić trochę czasu w nowym roku. Niektórzy nazwaliby ją pewnie „listą wstydu”, czy znaleźli inne, równie wyszukane określenie na fakt, że większość z pojawiających się na niej powieści jest hitem wydawniczym ostatnich lat, albo od dawna wymościła już sobie miejsce na zaszczytnej półce z tzw. kanonem literatury współczesnej, a ja ciągle ich nie czytałam. Jednak, jak mówi mądrość ludowa, lepiej późno niż wcale.

Zanim przejdę do mojego must read na 2017 rok, zaznaczę tylko, że nie wliczam w nie nowości wydawniczych, które pojawią się w międzyczasie i, o których już wiem, że mnie skuszą. Taka lista byłaby baaardzo długa. Dlatego też tutaj znalazły się wyłącznie lektury i cykle z gatunku „do nadrobienia” i takie, które chcę przeczytać już od bardzo dawna.

„Moja walka” Karl Ove Knausgård

Plany czytelnicze 2017Tak, wiem, wszyscy tylko o tym Knausgårdzie. Zapytacie pewnie, który tom mam na myśli. Otóż… pierwszy, a jak się spodoba i czas pozwoli to i kolejne. Są więc jeszcze na tym świecie Polacy, którzy nie czytali Knausgårda, mimo że wydawcy dostarczają obecnie po dwie jego książki na sezon. Piszę Polacy, bo np. znakomita większość czytających Francuzów prowadzi szczęśliwe i spokojne życie, nie wiedząc nawet o istnieniu straumatyzowanego Norwega. A to pomimo faktu, że w zeszłym roku ukazał się tu już trzeci tom „Mojej walki”. Jest to zresztą jedno z moich usprawiedliwień (tak jakbym naprawdę potrzebowała się z tego usprawiedliwiać) dlaczego nie czytałam jeszcze Knausgårda. Ano dlatego, że we Francji przechodzi on zupełnie bez echa – jak dotąd nie trafiłam na ani jedną recenzję w jakimkolwiek szanującym się piśmie literackim, czy nawet tygodniku, nie licząc artykułu o kontrowersyjnym tytule cyklu. Czyżby Francuzi mieli wystarczającą liczbę własnych neurotyków z dramatyczną przeszłością, aby nie interesować się przeżyciami jakiegoś Karla Ove z Oslo? Ja w każdym razie postanowiłam się jednak zainteresować i to z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze, lubię facetów z problemami i wizerunkiem, jakby dopiero co opuścili jaskinię po kilkudziesięciu latach medytacji w odosobnieniu. Jeśli takowy ma jeszcze coś niegłupiego do powiedzenia to ja to kupuję. Po drugie, podobno „Moja walka” to powieść z gatunku tych, które od pierwszego zdania albo się kocha, albo nienawidzi. Chętnie sprawdzę, do której kategorii czytelników należę.

.

„Traktat o łuskaniu fasoli” Wiesław Myśliwski

plany czytelnicze 2017Autora nikomu nie trzeba przedstawiać, książki chyba też nie. Nagrodzony Literacką nagrodą Nike anno domini 2007 (już dziesięć lat!) „Traktat o łuskaniu fasoli” ma wszystko, czego potrzeba, żeby przyciągnąć moją uwagę – zachwyty recenzentów i przyjaciół, których gustowi literackiemu ufam, niezmiennie interesujący mnie temat i w dodatku absolutnie przepiękny, zarazem prosty i poetycki, tytuł. Ma to wszystko i dalej czeka na półce. W przypadku tej książki powód oczekiwania jest jednak inny niż przy „Mojej walce”. Nie wiem, czy zdarzyło Wam się już odwlekać lekturę, bo z góry wiedzieliście, że dana książka Was poruszy, stanie się dla Was tak ważna, jakby była napisana tylko dla jednej osoby, tej, która właśnie ją czyta? Na tym zresztą polega chyba fenomen wielkiej literatury, że dotyka nas osobiście, będąc jednocześnie bardzo uniwersalna. U mnie tak jest z „Traktatem o łuskaniu fasoli”, zwlekam, bo wiem, że jako czytelniczka, a być może nie tylko, po przeczytaniu tej książki nie będę już tą samą osobą.

.

.

„Genialna przyjaciółka” Elena Ferrante

plany czytelnicze 2017„Genialna przyjaciółka”, czyli pierwszy tom tzw. sagi neapolitańskiej autorki lub autora ukrywającego się pod pseudonimem Elena Ferrante. Z tą serią jest trochę jak z Knausgårdem, wszyscy o niej dyskutują, nawet intelektualiści i tzw. poważni krytycy, którzy początkowo nieśmiało szeptali o guilty pleasure „etatowego inteligenta”, a odkąd okazało się, że wszyscy czytają i lubią Ferrante, coraz śmielej wydają opinie o licznych przymiotach jej pisarstwa. Powieści włoskiej autorki to zresztą doskonały przykład tego jaką krzywdę ponoć dobrej literaturze (na razie wierzę na słowo) może wyrządzić zła szata graficzna. Polskie wydanie sagi tchnie absolutnym kiczem okładek godnych literatury kobiecej niezbyt wysokich lotów, we Francji i Wielkiej Brytanii też nie jest lepiej. I nawet jeśli nie powinno się oceniać książki po okładce, w zalewie nowości wydawniczych dużo łatwiej pominąć publikację o kiczowatej szacie graficznej i nieco pretensjonalnym tytule (myślę o pierwszym tomie), niż pięknie wydaną powieść, która zaintryguje nas jeszcze zanim ją otworzymy i przeczytamy pierwsze zdanie.

.

.

„Białe zęby” lub „O pięknie” Zadie Smith

plany czytelnicze 2017A najlepiej obie. Tak jakoś jest z Zadie Smith, że chociaż bardzo ją cenię to ciągle nie przeczytałam dwóch najważniejszych książek w jej literackim dorobku. Brytyjską pisarkę znam głównie ze wspaniałych esejów i opowiadań, np. tych opublikowanych w zbiorze „Jak zmieniałam zdanie. Eseje okolicznościowe” i, mimo że obie wspomniane książki, kupione za bezcen w Wielkiej Brytanii, stoją u mnie na półce już od dobrych dwóch lat, nadal nie dostąpiły zaszczytu małego sam na sam z ich nową właścicielką. Problem polega tu też na trudności dokonania wyboru między dwiema pozycjami, które chce się przeczytać tak samo mocno, choć z różnych powodów. Co wybrać – ponoć jeden z bardziej błyskotliwych debiutów ostatniego ćwierćwiecza, czy książkę, która jest prawie o mnie (środowisko akademickie i wielka sztuka jako równorzędni bohaterowie powieści, ah ta Zadie!). Może mi doradzicie?

.

.

„Dove finisce Roma” Paola Soriga

plany czytelnicze 2017Nie jestem typem osoby, która co roku od stycznia zmienia całe swoje życie i robi wielkie plany tylko po to, by już w lutym je wszystkie porzucić (ok, zobaczymy w lutym ;)), ale jedyne postanowienie jakie poczyniłam na rok 2017 to regularna nauka włoskiego. Jak bowiem mawia mój znajomy „grzechem lenistwa jest nie mówić po włosku, gdy zna się francuski”. Poniekąd się z nim zgadzam, a ponieważ po mojej grudniowej wizycie we Florencji poziom frustracji z niemożności porozumiewania się w języku, który świetnie rozumiem, ale nim nie mówię sięgnął zenitu, w tym roku nie ma odwołania – jutro pierwsza lekcja z nauczycielem, a w dalszej perspektywie przeczytanie „Dove finisce Roma” w oryginale. Dlaczego ta książka? Bo jest krótka, a jednocześnie wydaje się być treściwa, zebrała dobre recenzje, chociaż jest debiutem autorki, no i zaintrygowała mnie tytułem oraz opisem, o cudownie prostej i estetycznej okładce nie wspominając. Trzymajcie kciuki.

.

.

Oczywiście wśród moich czytelniczych planów znalazłoby się miejsce dla jeszcze kilku lub kilkunastu książek, których nie czytałam, a bardzo bym chciała nadrobić w tym roku, ale pozostanę na tych pięciu, coby rzucone sobie wyzwanie mnie nie przerosło. Niestety, chęci nie zawsze idą w parze z możliwościami i może być ciężko pogodzić pracę – rok 2017 zapowiada się na wyjątkowo intensywny – z czytaniem i blogowaniem. Dlatego mam nadzieję, że będziecie cierpliwie czekać na kolejne wpisy, nawet jeśli ich częstotliwość nieco spadnie.

Wracając jednak do samych planów czytelniczych, macie swoje? A może doradzicie mi od czego zacząć nadrabianie literackich zaległości?

Może Cię również zainteresować: