Film

Poezja i monotonia. „Paterson” Jim Jarmusch

24 stycznia 2017
Paterson

Paterson mieszka w mieście Paterson i jest kierowcą autobusu. Codziennie rano całuje żonę, je śniadanie i idzie do pracy. Po kilku godzinach za kierownicą starego autobusu miejskiego wraca do domu, gdzie już czeka obiad. Potem spacer z psem, piwo ze znajomymi w pobliskim pubie i dokładnie ten sam plan na następny dzień. Poza drobnymi nieprzewidzianymi wydarzeniami typu awaria pojazdu życie płynie mu spokojnie i bez dramatów, nic szczególnego się nie dzieje. Przynajmniej na zewnątrz, ponieważ w głowie Patersona jest już dużo ciekawiej. Bohater najnowszego filmu Jima Jarmuscha jest wrażliwcem i poetą, który jeśli akurat nie prowadzi swojego autobusu lub nie zabiera psa na spacer namiętnie pisze wiersze o tym, co go otacza. Film amerykańskiego reżysera to historia prosta, a jednocześnie liryczna, przy czym niepozbawiona dyskretnego humoru. Słowem, „Patersona” po prostu trzeba obejrzeć, a oto kilka dodatkowych argumentów, jeżeli jeszcze nie jesteście przekonani.

Jeśli lubicie przełamywanie stereotypów w kinie…

Patersonie jest byłbym żołnierzem i młodym mężczyzną, który raczej nie grzeszy urodą (o ile wcielającemu się w tę rolę Adamowi Driverowi nie można odmówić talentu, o tyle trudno zaprzeczyć, że fizjonomię ma raczej z tych oryginalnych). Nie wydaje się też nazbyt charyzmatyczny czy towarzyski – stary barman i kilka zawsze pałętających się w okolicy znajomych twarzy wystarcza mu za przyjaciół do piwa. Mimo to Jarmusch to właśnie z niego czyni poetę zamiast standardowo przypisać tę rolę nieszczęśliwie zakochanemu niespełnionemu aktorowi, z którym nasz bohater codziennie widuje się w barze. Jakby tego było mało, Paterson wcale nie chce zostać drugim Rimbaudem i, mimo nalegań żony, niespecjalnie troszczy się o publikację, czy nawet zachowanie swoich wierszy, co zresztą odbije się na nim za sprawą pewnego incydentu. Laura, żona Patersona, grana przez irańską aktorkę Golshifteh Farahani, też raczej nie pasuje do stereotypu współczesnej kobiety. Zamiast robić obłędną karierę jako managerka w dużej firmie, czy choćby ratująca życia lekarka w lokalnym szpitalu woli siedzieć w domu, co chwila zmieniać jego wystrój i piec babeczki. Wprawdzie daleko jej do infantylnej i głupiutkiej żonki bez ambicji, ale reżyser przedstawią ją jako dziewczynę z tendencją do słomianego zapału i przesady, choć niewątpliwie kreatywną.

Paterson

Jeśli lubicie brzydkie i złośliwe psy…

Wiem, że są ludzie, którzy uważają buldogi angielskie (i buldogi w ogóle!) za urocze, a nawet piękne psy. Zdecydowanie do nich nie należę i za każdym razem, gdy widzę takie stworzenie mam ochotę natychmiast namówić je na lifting i dietę. Niemniej należy oddać sprawiedliwość świetnej grze aktorskiej buldoga, który wcielił się w rolę Marvina, psa Patersona i jego ukochanej. Uparty, przejawiający skłonności do depresji, rozpieszczany przez „pańcię” i zazdrosny o pana Marvin jest esencją stylu Jarmuscha i bez niego ten film nie byłby tak dobry, co przyzna chyba każdy kto już go obejrzał. Zatem jeszcze raz, wielkie brawa i gwiazda w Alei Sław dla cwanego Marvina. Gwarantuję, że nie tylko was rozbawi, ale i przyprawi o dreszcz emocji.

Jeśli lubicie podsłuchiwać cudze rozmowy w autobusach…

Główny bohater filmu Jarmuscha z lubością nastawia ucha, by wychwycić co ciekawsze urywki z życia swoich pasażerów. Niekiedy są to konwersacje bardzo zwyczajne, innym razem nieco bardziej egzystencjalne, zawsze jednak intrygujące, bo na chwilę pozwalają nam wejść w cudzą historię. W „Patersonie” na przykład pojawia się absolutnie genialny dialog o kobietach toczony między dwoma znajomymi. Gadka, żeby gadać, a jednak z jakimś niegłupim wnioskiem w tle, który inteligentny widz bez trudu wychwyci, czyli znowu sto procent Jarmuscha w Jarmuschu.

Paterson

Jeśli lubicie szczyptę surrealizmu w morzu zwyczajności…

Paterson – tym razem mam na myśli miasto, nie bohatera – jest miejscem bardzo zwyczajnym, z którego, co prawda pochodzi kilka sław, w tym jeden dobry poeta, ale nic szczególnego się tam nie dzieje. Są mało zadbane ulice, kilka parków i urokliwy wodospad, przy którym często przesiaduje nasz kierowca autobusu. Jednak w ten nudnawy pejzaż reżyser wprowadza element surrealistyczny w postaci wszechobecnych bliźniaków (Karolina z Czepiam się książek, coś dla Ciebie!). Paterson niemal codziennie spotyka przynajmniej jedną taką parkę, bez względu na to, czy chodzi o dzieci, czy o staruszki. Zupełnie tak jakby nagle jego rodzinne miasto zostało opanowane przez anonimowych sobowtórów. Podobnie lekko surrealistyczne jest spotkanie głównego bohatera z przypadkowym japońskim turystą, tyleż przyjaznym, co enigmatycznym. Słowem, mimo że nie są to „anomalie”, które wpływałyby w sposób znaczący na życie Patersona stanowią one jakiś rodzaj ingerencji kosmosu w jego monotonną egzystencję.

Mam nadzieję, że tych kilka argumentów skutecznie przekonało Was do obejrzenia tego filmu. Nie spodziewajcie się wielkich wzlotów, wręcz przeciwnie, podczas seansu bywa nudnawo, a czas nieco się dłuży, ale czy nie jest tak w codziennym życiu? „Paterson” to bowiem nic innego jak poetycki zapis codzienności zwykłego faceta z małego miasteczka. I tylko za sprawą magii kamery Jarmuscha nawet ta monotonia staje się interesująca, zwyczajnie piękna.

Paterson.

Paterson

reż. Jim Jarmusch

USA

2016

.

.

Może Cię również zainteresować: