Film, Sztuka

„Ostatnia rodzina” Jan P. Matuszyński

28 listopada 2016
„Ostatnia rodzina” Jan P. Matuszyński

Wprawdzie „Ostatnia rodzina” weszła do kin już kilka tygodni temu, ale ja sama miałam okazję obejrzeć ten film dopiero teraz, w ramach festiwalu Kinopolska (chwała Instytutowi Polskiemu w Paryżu za takie inicjatywy) i muszę przyznać, że wywarł na mnie dosyć szczególne wrażenie. Reżyser i scenarzysta podjęli nie lada wyzwanie, jakim niewątpliwie jest opowiedzenie losów tak niezwyczajnie zwyczajnej rodziny jak Beksińscy. I mimo że nigdy nie byłam wielbicielką malarstwa Zdzisława, ani słuchaczką audycji jego syna, „Ostatnia rodzina” przemówiła do mnie na poziomie znacznie bardziej uniwersalnym niż można się tego spodziewać po filmie biograficznym. Prawdę mówiąc, historia rodu Beksińskich stanowi według mnie zaledwie jeden z tematów tego obrazu, wcale nie najważniejszy, ponieważ nieodparcie odnoszę wrażenie, że Matuszyński, świadomie lub nie, nakręcił film o doświadczeniu, które Freud określał terminem „niesamowite”. I właśnie dlatego jest to jeden z najlepszych polskich filmów ostatnich lat.

Nie jest łatwo opisać odczucia po obejrzeniu „Ostatniej rodziny”. Już sam fakt, że mimo nieco paranoidalnej atmosfery filmu, w trakcie seansu sala co chwilę wybuchała śmiechem, z rzadka okraszonym lekkim zmieszaniem, sprawia, że trudno myśleć o nim w sposób jednoznaczny. „Ostatnia rodzina” to niewątpliwie dramat, ale tragikomiczny, absurdalny i absolutnie porażający realnością tego absurdu. Ostatecznie, wychodząc z kina, po raz pierwszy od bardzo dawna nie miałam o filmie żadnego zdania. Nie byłam rozczarowana, ale nie spełnił on też moich oczekiwań, bo przecież jakieś oczekiwania miałam. O dziwo, bardzo szybko przestałam o nim myśleć i przez kilka dni po seansie nie podjęłam najmniejszej próby analizy tego, co obejrzałam. I nagle wszystkie puzzle zaczęły do siebie pasować, a „niesamowitość” wyłoniła się sama (Freud zaklaskałby tu z radości) jako najbardziej oczywiste z wyjaśnień.

„Ostatnia rodzina” Jan P. Matuszyński

Mam tu na myśli niesamowitość nie w sensie potocznym – nie chodzi o zachwyt, o komiksowe „WOW!”, a o to, co w niemieckim nazywa się das Unheimliche, a w angielskim uncanny, czyli, w dużym uproszczeniu, o uczucie niepokoju wywołane nagłą obcością i „niezwykłością” rzeczy i zjawisk dobrze nam znanych. Słowem, termin „niesamowite” odnosi się do wrażenia złowrogiej niedostępności i tajemniczości, pewnego rodzaju dziwności, czegoś, co wcześniej nie budziło w nas najmniejszych obaw, było neutralne lub postrzegane pozytywnie. Z perspektywy czasu wręcz nie potrafię nie patrzeć na „Ostatnią rodzinę” inaczej, jak właśnie poprzez pryzmat niesamowitego. Cały ten film wydaje się realizować ideę niesamowitości w czysto freudowskim sensie.

Co ciekawe, zdaje się, że nie tylko widz postrzega, choć jest to kwestia bardzo indywidualna, przedstawioną rzeczywistość w tych kategoriach. Sami bohaterowie również często odnoszą się do otaczających ich, dobrze im znanych rzeczy i zjawisk jak do czegoś z porządku „niesamowitego”. Mało tego, ich dziwność i wyjątkowość polega właśnie na tym, że siebie nawzajem również często widzą przez pryzmat obcości podszytej obawą, niepewnością, niezrozumieniem. Jest w „Ostatniej rodzinie” taka krótka scena, śmieszna i straszna zarazem, w której Zofia Beksińska wygląda przez okno i widzi syna zbliżającego się do bloku, po czym zwraca się do męża słowami „Tomuś nadciąga”. Nie pamiętam dokładnie, czy mówi Tomuś, Tomek czy może Tomaszek, w każdym razie, używa zdrobnienia i to doskonale obrazuje zderzenie między tym, co oswojone i nieoswojone, dobrze znane, bliskie i jednocześnie nieprzewidywalne, lekko złowrogie, zagrażające. Nikt nie zna lepiej syna niż ci dwoje – jego rodzice, a mimo to „Tomuś” potrafi w jednej chwili zamienić się w nieokiełznany, zupełnie obcy żywioł, który tylko fizycznie wciąż przypominana ich własne dziecko.

„Ostatnia rodzina” Jan P. Matuszyński

Podobnie zresztą jest w wielu innych momentach, zwłaszcza gdy obserwujemy Zdzisława Beksińskiego – bezbłędnie zagranego przez Andrzeja Seweryna – filmującego swoją rodzinę. Przez sztuczne oko domowej kamery malarz patrzy na nią jak na obcych ludzi, momentami wręcz, jak na przedmioty, np. gdy nagrywa swoją matkę w przedśmiertnej agonii. Kiedy zresztą pewnego dnia odkrywa, że ta umarła zdaje się niemal fizycznie doświadczać niesamowitego – ciało kobiety, którą znał od zawsze jest mu nagle zupełnie obce, przerażająco nieruchome i nieodwracalnie uprzedmiotowione. Nie ruszając się z krzesła Zdzisław krzyczy do żony „Zosiu, Beksińska nie żyje!”, tak jakby nie chodziło o jego matkę, komunikat równoznaczny ze stwierdzeniem, że żarówka się przepaliła. Niesamowite wprost rozsadza kadr, wywraca do góry nogami scenę tak dobrze nam znaną z dziesiątków innych filmów.

Również cała warstwa wizualna tego filmu, zwłaszcza odtworzone do perfekcji realia ostatnich dwóch-trzech dekad XX wieku, mogą wywoływać w starszych widzach (a pisząc starszych mam tu na myśli urodzonych w latach 80-tych lub wcześniej) wrażenie niesamowitości. To, co w pewnym momencie życia było ich codziennością, co znali na wylot i uznawali za normalne, zwyczajne, oczywiste, na ekranie ukazuje swoją obcą i złowrogą twarz. Odnosi się to głównie do przestrzeni – przytłaczające nieludzką skalą i brzydotą betonowe blokowiska, obskurne klatki schodowe i długie, wąskie korytarze ze smutnymi paprotkami, a w końcu klaustrofobiczne, ciasne przedpokoje wykładane ciemną boazerią. Wszystko to wydaje się nagle idealną scenografią dla ludzkiego dramatu, jakby od początku zaprojektowano je celem sprowokowania u mieszkańców indywidualnej paranoi, a przecież jeszcze przed chwilą, jeszcze kilka, kilkanaście lat temu, byśmy tak tego nie widzieli.

„Ostatnia rodzina” Jan P. Matuszyński

Czytałam oczywiście krytyczne opinie na temat „Ostatniej rodziny”, dotyczące głównie karykaturalności postaci Tomasza Beksińskiego i wcale nie zdziwiłoby mnie, gdyby w rzeczywistości była to postać znacznie mniej dziwaczna. Nie uważam jednak, by z tego powodu film był gorszy, a to głównie dlatego, że nawet jeśli rości on sobie prawo do opowiedzenia historii opartej na faktach, to jednak zawsze pozostanie wyłącznie pewnego rodzaju artystyczną interpretacją charakteru i losów rodziny Beksińskich. Podejrzewam, że również dlatego Matuszyński inscenizuje prywatne nagrania Zdzisława Beksińskiego zamiast wpleść w film oryginalne materiały, do czego ma przecież całkowite prawo.

W moim odczuciu „Ostatnia rodzina” to nie żaden paradokument, czy fabularyzowana biografia, a obraz – to portret zbiorowy rodziny we wnętrzu, portret ludzi bardzo sobie bliskich, a jednocześnie niesamowicie obcych. Jednego możemy być pewni, gdyby Zdzisław Beksiński, zamiast śledzić najbliższych z kamerą przyklejoną do twarzy, postanowił ich namalować, nie byłby to portret realistyczny, a raczej, jak wszystkie jego dzieła, dziwny i tajemniczy, w którym, jak w filmie Matuszyńskiego, nieodwołanie czaiłoby się niesamowite.

„Ostatnia rodzina” Jan P. Matuszyński.

Ostatnia rodzina

reż. Jan P. Matuszyński

Polska

2016

.

Może Cię również zainteresować: