Książka

Bohater przegrany. „On” Zośka Papużanka

28 stycznia 2017

Już dawno żadna książka z gatunku literatury pięknej nie sprawiła mi tyle przyjemności, co „On” Zośki Papużanki, opowieść o nie do końca radzącym sobie ze światem Śpiku i jego kochającej matce, zwanej po prostu mamą Śpika. Historia właściwie prosta – każdy z nas znał w dzieciństwie przynajmniej jednego takiego Śpika – ale wyjątkowa ze względu na talent autorki do budowania narracji, która wciąga, przykuwa oryginalnością frazy i niebanalnym spojrzeniem na do cna banalną rzeczywistość. Bo „On” jest nie tylko powieścią o pewnym, dosyć specjalnym chłopcu, ale także doskonale uchwyconym portretem PRL-u ze wszystkimi jego absurdami, jednocześnie smutnym i budzącym bliżej nieokreśloną nostalgię. Ta epoka, sprawiająca wrażenie żywcem wyjętej z literatury fantasy, a przecież tak rzeczywista, okazała się idealnym tłem dla opowieści o Śpiku, bohaterze literackim równie romantycznym i przegranym, co tabuny Mickiewiczowskich męczenników za ojczyznę.

Śpik od dziecka był inny, niezainteresowany światem, zabawą ani nauką. Jedyną jego pasją było przesiadywanie przed oknem i obserwowanie przejeżdżających tramwajów. Znał cały krakowski rozkład na pamięć, co do minuty, ale nie pamiętał rzeczy znacznie bardziej podstawowych. Taki był z niego Śpik – dziecko niemrawe, nie zadające pytań, niesypiające nocami. Następnie mierny uczeń i łobuz, z którego naiwności chętnie korzystali inni chłopcy w klasie, w tym autor niechlubnego przezwiska, które przylgnęło do Śpik na całe życie. A z tego krnąbrnego ucznia wyrósł nastolatek i w końcu mężczyzna niezupełnie rozumiejący otaczającą go rzeczywistość, żyjący jakby na pograniczu dwóch światów, tego obiektywnego i tego, który nosił w sobie. W mało ekscytującej wędrówce przez to niezwyczajnie zwyczajne życie Śpikowi od zawsze towarzyszyła mama, kochająca i troskliwa, nieustannie miotająca się między wstydem za syna a nieco niezrozumiałą dumą z niego, między rozczarowaniem a bezgranicznym matczynym oddaniem.

Zośka Papużanka

Oprócz mamy i pozostałych, majaczących w tle, członków rodziny, Śpikowi od wczesnych lat szkolnych towarzyszyli bohaterowie literaccy, namiętnie wkładaniu mu i innym uczniom do głowy przez polonistkę Lodówę. Bohaterowie, jak na wiecznie uciśnioną Polskę przystało, byli zawsze tragiczni, skazani na przegraną i choć nikt nie chciał się z nimi utożsamiać trudno nie zauważyć w życiu Śpika i jego kolegów pewnego wspólnego wszystkim fatalizmu. Mimo że los oszczędził im egzystencjalnych rozterek, konieczności wygłaszania pełnych dramatyzmu monologów na Mont Blanc czy ginięcia w redutach, ich sytuacja nie wydawała się być o wiele bardziej optymistyczna niż ta Konrada czy Kordiana. Różniła je skala – gdzie Mont Blanc, a gdzie krakowskie blokowiska – i zupełne zobojętnienie Śpika, który od martyrologii narodu polskiego wolał swojego psa i tramwaje.

Bardzo nam szkoda bohatera literackiego, dyktowała do zeszytów Lodówa, i jego literackich, nieziszczonych marzeń, zapóźnych żalów, patriotycznego zrywu, romantycznej miłości w czasach nieromantycznych, determinizmu, z jakim walczy z codziennością, konwenansami społecznymi. Dążenie do ideału kosztuje wiele poświęceń, lecz nie można rezygnować nawet za cenę najwyższą, gdyż człowieczeństwo opiera się na niezniszczalnych, niepodważalnych fundamentach i tak dalej. Im bardziej Lodówa dyktowała i zapalała się w uniesieniu narodowowyzwoleńczym, ideologiczno-kulturowym i frazeologicznym, tym mniej było nam żal. Czego nam miało być żal? Kartek? Atramentu? Utożsamiamy się z bohaterem literackim, dyktowała Lodówa i my pisaliśmy, ale się nie utożsamialiśmy. Nie dlatego, że nie zachwyca, a ma zachwycać, nikt z nas jeszcze o Gombrowiczu nie słyszał. Nie utożsamialiśmy się na złość Lodówie. Każdy z nas ledwie się z sobą samym utożsamiał, gdzie nam było do bohatera literackiego. Żeby się utożsamiać, trzeba mieć tożsamość. A my byliśmy tacy sami, jeden w drugiego.                                                                                                                                                                                                                                                                                                 Zośka Papużanka „On”

Zdecydowanie największym walorem powieści jest świeży i barwny język, który po prostu nie pozwala nam się oderwać. Każdy kolejny akapit to czysta przyjemność. Stosowane przez Papużankę metafory są czasem głęboko prozaiczne, niekiedy zaś bardzo poetyckie, ale nigdy wymuszone. Szarość blokowisk i zapach krochmalu miesza się tu z intensywnym kolorem i smakiem gumy balonowej, nuda zwykłego życia współgra z humorem i ironią. Autorka oswaja nas z hermetycznym światem Śpika za pomocą słowa tak giętkiego, że ani się obejrzymy a już oddychamy tą atmosferą. Dla tych, którzy „załapali się” jeszcze na PRL lub byli dziećmi w latach 80-90 powrót do dzieciństwa w trakcie lektury jest gwarantowany, ale zapewniam, że to podróż bardzo przyjemna, momentami całkiem wzruszająca.

Zośka Papużanka

Zośka Papużanka © Leszek Zych/ Polityka

Ponadto, w tej książce nie brak inteligentnej gry z czytelnikiem, Papużanka bawi się konwencjami literackimi i otwarcie ironizuje na temat naszej skłonność do nadinterpretacji, przekonania, że wszystko musi być znaczące, a bohaterowie zawsze powinni zachwycać lub przerażać, słowem, budzić wielkie emocje. Taki Śpik na przykład – mówi nam wprost autorka – jest beznadziejnym bohaterem literackim. Ani mądry, ani interesujący, wiedzie proste, nudne życie i nie ma niczego, czym mógłby przykuć uwagę czytelnika, a jednak to właśnie on pozostanie w mojej pamięci znacznie dłużej niż tabuny rzekomo fascynujących postaci z innych powieści. Bo Śpik, mimo wszystko, ma to „coś”, jest prawdziwy, żywcem wzięty z rzeczywistości, beznadziejnie realistyczny, dzięki czemu nie pozwala nam pozostać całkowicie obojętnym.

Szczerze mówiąc nie rozumiem dlaczego to nie Papużanka dostała tegoroczny Paszport Polityki w kategorii „Literatura”. „On” to książka jakiej już dawno w Polsce nie było. Oryginalnie opowiedziana historia, język tak wartki i kunsztowny, że na pierwszy rzut oka wydaje się przezroczysty, dopiero potem dociera do czytelnika jak misternie ta jego naturalność jest skonstruowana. A na koniec, rzecz nie mniej ważna, zwłaszcza gdy mowa o rodzimych pisarzach, dystans autorki do samej siebie. Papużanka z zawodu jest polonistką, a polonistów (i nauczycieli w ogóle) chętnie karykaturuje i robi to z prawdziwą literacką gracją. Zabrzmi to może zbyt laurkowo, ale naprawdę nie widzę w tej powieści żadnych minusów czy niedociągnięć. Kolejny dowód na to, że dobra literatura wcale nie potrzebuje nagród, aby się obronić i zachwycić czytelnika.

On Zośka Papużanka.

On

Zośka Papużanka

Znak Literanova

2016

.

.

Może Cię również zainteresować: