Książka

„Nie zmusicie mnie do nienawiści” Antoine Leiris

13 listopada 2016

Dzisiejszy wpis nie ma nic wspólnego z recenzją, bo tej książki nie da się zrecenzować. Opatrzyć ją etykietką „dobra” lub „zła”, ocenić od jednego do dziesięciu to tak jak wystawić notę czyjejś wielkiej tragedii. Dlatego znacznie bliżej mu do swoistego apelu, apelu o zauważenie tej książki, która na niewiele ponad stu stronach mówi więcej o zachowaniu człowieczeństwa we współczesnym świecie niż niejedno opasłe tomiszcze. Chodzi bowiem o publikację wyjątkową, a jednocześnie nie mającą najmniejszych szans na skuteczną promocję w realiach polskiego rynku wydawniczego. „Nie zmusicie mnie do nienawiści” Antoine’a Leirisa to świadectwo niezwykle ważne, które nie powinno przejść bez echa również w Polsce, a może zwłaszcza w Polsce, gdzie spora część społeczeństwa ma tendencję do nader łatwego ferowania wyroków. Nie bez powodu także piszę o tym właśnie dzisiaj, 13 listopada, w pierwszą rocznicę zamachów terrorystycznych w Paryżu, w których zginęło 130 osób. Dokładnie tego dnia rok temu, autor książki i jego siedemnastomiesięczny syn stracili najważniejszą osobę w ich życiu – żonę i matkę.

Gdy 13 listopada 2015 roku Antoine Leiris kładł synka do łóżka, jego partnerka Hélène Muyal-Leiris uczestniczyła w koncercie w paryskim Bataclanie. To tam, na kilka minut przed 22-gą, dosięgła ją kula jednego z trzech terrorystów, którzy zaatakowali wypełnioną po brzegi salę koncertową. „Nie zmusicie mnie do nienawiści” rozpoczyna się właśnie tego wieczoru i opowiada wydarzenia dwóch kolejnych tygodni, kiedy to młody ojciec nagle znalazł się sam z dzieckiem zmuszony stawić czoła przerażającej świadomości, że Hélène już nie wróci. Zanim jednak powstała książka był list, list do terrorystów opublikowany przez mężczyznę pod wpływem emocji na jego facebookowym profilu trzy dni po zamachach i zatytułowany Vous n’aurez pas ma haine, co zostało przetłumaczone jako „Nie zmusicie mnie do nienawiści”.

Jedno słowo i pewien list

Zanim zacytuję ten krótki list, zamieszczony także w książce, nie mogę nie zwrócić Waszej uwagi na pewną bardzo istotną kwestię, która na pierwszy rzut oka może wydawać się błaha, ale mimo wszystko wpływa na nasze jego odczytanie. Nie bez powodu przytaczam oryginalny tytuł listu i książki. Niestety, czy to ze względów „brzmieniowych”, marketingowych, czy jeszcze innych, polski przekład został nieco wypaczony i myślę, że należy to podkreślić. W oryginale nie pada słowo „zmusić” a „mieć”, w tym kontekście „dostać”, tytuł powinien zatem brzmieć raczej: „Nie dostaniecie mojej nienawiści”. Sformułowanie, którego zresztą tłumacz używa w cytowanym fragmencie jako wariantu, ale którego niestety nie uprzywilejowuje. Szczegół to, acz istotny, bo jest ogromna różnica między zmuszeniem kogoś do czegoś a czegoś posiadaniem/dostaniem. I to właśnie ten, dosyć niefortunnie przetłumaczony, czasownik decyduje o wyjątkowości tekstu Leirisa. Oto co młody ojciec i wdowiec napisał w trzy dni po tragedii:

W piątek wieczorem ukradliście życie wyjątkowej istoty, miłości mojego życia, matki mojego syna – ale nie dostaniecie mojej nienawiści. Nie wiem, kim jesteście, i nie chcę tego wiedzieć, jesteście martwymi duszami. Jeżeli ten Bóg, dla którego zabijacie na oślep, stworzył nas na swoje podobieństwo, każda kula w ciele mojej żony będzie raną w jego sercu.
Nie wyświadczę wam więc tej uprzejmości i nie będę was nienawidził. Bardzo wam na tym zależało, ale gdybym odpowiedział na nienawiść gniewem, uległbym tej samej ignorancji, która uczyniła z was to, czym jesteście. Chcecie, żebym się bał, żebym spoglądał nieufnym okiem na współobywateli, żebym poświęcił swoją wolność dla bezpieczeństwa. Nic z tego. Gra toczy się dalej.
Widziałem ją dzisiaj rano. Wreszcie, po nocach i dniach oczekiwania. Była równie piękna, jak kiedy wychodziła z domu w piątek wieczorem, równie piękna, jak kiedy zakochałem się w niej bez pamięci ponad dwanaście lat temu. Rzecz jasna, jestem zrozpaczony, to drobne zwycięstwo wam przyznaję, ale będzie ono krótkotrwałe. Wiem, że ona będzie nam towarzyszyć każdego dnia i spotkamy się ponownie w raju wolnych dusz, do którego wy nigdy nie otrzymacie wstępu.
Jest nas dwóch, mój syn i ja, ale jesteśmy silniejsi niż wszystkie armie świata. Zresztą nie mam już dla was więcej czasu, muszę iść do Melvila, który właśnie się obudził po poobiedniej drzemce. Ma zaledwie siedemnaście miesięcy, zje jak co dzień podwieczorek, a potem pójdziemy się bawić, jak każdego dnia. I przez całe życie ten mały chłopczyk będzie wam czynił afront tym, że będzie szczęśliwy i wolny. Bo jego też nie zmusicie do nienawiści.                                                                                                                                                                                                                                                                   „Nie zmusicie mnie do nienawiści” Antoine Leiris (tłum. Stanisław Kroszczyński)

Mam nadzieję, że postawa autora jest widoczna nawet w tym tłumaczeniu. Leiris na agresję terrorystów odpowiada spokojem, nie pozwala wyprowadzić się z równowagi i nie zamierza obdarowywać morderców swoim nieszczęściem. Być może niektórzy uznają to za rodzaj semiotycznej obsesji, ale nie potrafię zaakceptować słowa „zmuszać” w tym kontekście, gdyż Leiris ani przez chwilę nie operuje językiem przemocy, a to słowo niezaprzeczalnie pochodzi z jej porządku. Jego literacka odpowiedź na otrzymany cios jest ulokowana na przeciwnym biegunie wobec mowy nienawiści islamskich radykałów – subtelna, poetycka, przepełniona czułością do najbliższych. (Tym bardziej nie dowierzam, że w pierwszym rozdziale polski tłumacz wkłada w usta ojca osieroconego dziecka słowa „mały” i „dzieciak”. Ktoś kto wykonał choć minimalny wysiłek, by zrozumieć stan emocjonalny autora po prostu nie może nie poczuć, że ten ojciec, w tym właśnie momencie, nie potrafiłby nazwać tak swojego syna. Dlaczego więc forsować tego typu tłumaczenie zamiast sięgnąć po bardziej neutralny wariant? Może detal, ale jednak…) Dlatego właśnie jestem nieco rozdarta, pisząc o tej publikacji – z jednej strony pragnę zachęcić Was do jej przeczytania, z drugiej, mam pewne zastrzeżenia do polskiego przekładu i sugerowałabym Wam raczej oryginał lub jakiekolwiek inne tłumaczenie (angielskie, włoskie i niemieckie zdecydowanie bardziej respektują tekst oryginalny, sprawdziłam!). Jeżeli jednak nie macie wyboru lub możliwości przeczytania książki w innym języku, sięgnijcie po polski przekład (na szczęście im dalej tym lepiej), pamiętając jednak o tej subtelności w tytule i właściwym tonie autora.

„Nie zmusicie mnie do nienawiści” Antoine Leiris

Zaakceptować niewyobrażalne

Wracając do treści, Vous n’aurez pas ma haine nie jest wyłącznie chwytającym za gardło świadectwem dramatu indywidualnego człowieka, ale jednym z najpiękniejszych i najbardziej rozdzierających trenów jakie kiedykolwiek czytałam. Jego moc i piękno tkwią w tym, że Leiris, poza przytoczonym listem, właściwie nie mówi o terrorystach. Te sto trzydzieści stron stanowi próbę zrozumienia sytuacji i pożegnania się z najbliższą osobą. Brak tu wyrzutów, nie pada ani jedno słowo o poczuciu niesprawiedliwości, zero zbędnych pytań w rodzaju „Dlaczego przytrafiło się to właśnie mnie?”. Wręcz przeciwnie, autor podkreśla, że nie ma większego znaczenia w jaki sposób zginęła jego żona, że była to kula od religijnego fanatyka a nie przydrożne drzewo, bo tym, z czym musi się mierzyć każdego dnia na nowo jest jej nieobecność, a ta jest tak samo okrutna bez względu na przyczynę.

„Nie zmusicie mnie do nienawiści” dotyka do żywego również, a może nawet przede wszystkim, ze względu na Melvila, kilkunastomiesięcznego chłopca, który stracił matkę i choć jeszcze tego nie pojmuje, przeczuwa więcej niż może nam się wydawać. To także świadectwo tego jak, nawet jako dorośli ludzie, w obliczu śmierci ukochanej osoby stajemy się bezradni, mali i bezbrzeżnie samotni. Nawet gdy z pomocą przychodzi nam nie tylko rodzina, ale i obcy, bo kiedy mowa o zamachu indywidualna tragedia staje się tragedią publiczną. Leiris opisuje zaangażowanie matek ze żłobka, codzienne rytuały syna po raz pierwszy wykonywane bez czuwającej nad nim mamy, pierwsze wspólne z Melvilem odwiedziny grobu Hélène, a wcześniej swoje ostatnie sam na sam z nią w zimnej sali Instytutu Medycyny Sądowej.

Co prawda autor niekiedy popada w liryzm, który może wydawać się przesadny, ale nie kryguje się, nie pozuje na złamanego, romantycznego super-bohatera. Z zadziwiającą wręcz szczerością mówi o swoim lęku, że okaże się złym ojcem, o złości jaką wywołują w nim oczekiwania innych, by przyjął rolę ikony rozpaczy, czy o bezużytecznych staraniach obcych ludzi, którzy bardziej niż rzeczywiście mu pomóc pragną zapewnić sobie dobre samopoczucie i czyste sumienie. Potrzeba było niemało odwagi i siły, by opublikować tę książkę, trzeba ich również sporo, by ją przeczytać, ale bez względu na to jak bardzo jest przytłaczająca, jak boleśnie intymna, warto posłuchać i, co ważniejsze, usłyszeć, co ma do powiedzenia człowiek, którego fanatyzm Państwa Islamskiego dotknął w najczulszy punkt. Następnie pozostaje wyciągnąć wnioski z tej szczególnej lekcji miłości i człowieczeństwa.

Nie zmusicie mnie do nienawiści, Antoine Leiris.

Nie zmusicie mnie do nienawiści

Antoine Leiris

tłum. Stanisław Kroszczyński

Wyd. Sonia Draga

2016

Może Cię również zainteresować:

  • Bardzo Ci dziękuję za ten tekst. Mimo, że jest on bardzo smutny to napawa mnie nadzieją, że nie wszyscy jeszcze zwariowali i nie udało się fanatykom odebrać człowieczeństwa i zarazić swoją chorobą całego świata. Może to zabrzmi melodramatyczne, ale podzielę się z Tobą osobistą refleksją. Ostatnio mam taki czas, że zło i odczlowieczenie dostrzegam w otaczającym świecie jakoś tak dużo mocniej i nie jest mi z tym dobrze. Nie czuję jednak nienawiści, ale czuję jakiś smutek, przygnębienie, bezsilność. Twój tekst mnie wzruszył i dał mi coś czego szukam w ostatnim czasie bo bardzo mi tego brak – nadzieję i wiarę we wrażliwość i dobro w człowieku ( łącznie ze łzami cisnacymi się do oczu ) i piszę o tym bez cienia wstydu dlatego, że mam poczucie iż takiej otwartości w mówieniu o uczuciach ludziom zabrakło w ostatnich czasach i dlatego nienawiść często jednak jest dominująca. Właśnie mi uświadomiłaś, że mija rok od tamtego wydarzenia. Poruszyło mnie ono wówczas tak mocno, że właśnie wtedy postanowiłem podzielić się swoimi refleksjami i założyłem swojego bloga i znów teraz czytałem sobie swojego posta z 14 listopada ubiegłego roku.. Mimo, że najczęściej piszę o książkach to często staram się jednak sięgać po te, które poruszają te ważne tematy. Z tych też względów po tą książkę o której piszesz sięgnę napewno i mam nadzieję że da mi podobne przeżycia do tych które doświadczam czytając tą opinię. Jeszcze raz dziękuję, bo twoje odczucia mają tym większą wartość, że doświadczasz tego z bezpośredniej perspektywy.

    • Ja z kolei cieszę się, że moje wpisy czytają osoby, które, w przeciwieństwie do większości, są jeszcze wrażliwe na tego typu kwestie. To dodaje odwagi, żeby o nich pisać. Jeśli chodzi o sam zamach i książkę to jest to rzeczywiście bardzo trudne doświadczenie, ale nie uważam, żeby należało uciekać od tego typu emocji. W pewnym sensie ta publikacja pozwala nam oswoić strach i gniew, które pojawiają się w obliczu tak okropnych wydarzeń i koniec końców zgadzam się z autorem oraz wypowiedziami wielu innych ofiar lub rodzin ofiar, że najlepszą odpowiedzią na fanatyzm i nienawiść islamistów (i nie tylko) jest niepoddawanie się i życie dalej.

  • Karolina Nos-Cybelius

    Żałuję, że nie znam francuskiego na tyle, by czytać w tym języku. Mój ulubioby autor pisał po francusku i obiecałam sobie kiedyś, że przed śmiercią przeczytam jego książki w oryginale, ale obawiam się, że na obietnicy może się skończyć… Książka, o której piszesz, na pewno jest wyjątkowo poruszająca i dlatego właśnie nie chciałabym czytać tego wypaczonego polskiego przekładu… Może trafi się okazja nabycia wersji angielskojęzycznej, wtedy na pewno przeczytam. Pozdrawiam.

    • Na pewno warto przeczytać, choć rzeczywiście polski przekład, a przynajmniej jego początek, nie jest najszczęśliwszy. Natomiast np. angielski e-book jest na niektórych stronach niewiele droższy od polskiej wersji! 😮 Pozdrawiam!

  • Pingback: #Przekładnia: Blogerki o przekładzie literackimCocteau & Co.()