Książka

„Mam na imię Lucy” Elizabeth Strout

22 sierpnia 2016
Elizabeth Strout Lucy

O Elizabeth Strout słyszałam, że potrafi pisać o rzeczach ważnych w sposób szczery i bezpretensjonalny oraz tworzyć przejmujące postaci. Nie miałam jeszcze okazji przeczytać głośnej „Olive Kitteridge” ani wcześniejszych pozycji z dorobku amerykańskiej pisarki, a już ogłoszono nominację jej najnowszej powieści do prestiżowej Man Booker Prize. Na pierwsze spotkanie z twórczością Strout wybrałam więc „Mam na imię Lucy”, książkę krótką, ale poruszającą kwestie tak skomplikowane, że można by o nich napisać tysiące stron. Autorka postawiła na zwięzłość i stylistyczny minimalizm, co okazuje się zdecydowanie trafnym wyborem.

„Mam na imię Lucy” to na pierwszy rzut oka dosyć prosta historia dojrzałej kobiety, mieszkanki Nowego Jorku, która przygwożdżona do szpitalnego łóżka poważną chorobą wraca pamięcią do swojej przeszłości. Nic bardziej banalnego – mogłoby się wydawać – lecz jest w tej powieści coś, co przykuwa uwagę czytelnika od pierwszych stron i powoduje, że chcemy dowiedzieć się więcej o rodzinie i dzieciństwie głównej bohaterki. Sam fakt, że rzecz tak normalna jak odwiedziny matki okazuje się dla niej wydarzeniem wyjątkowym, ponieważ od lat utrzymuje znikomy kontakt z rodzicami i rodzeństwem sprawia, że chcemy poznać przyczynę tej sytuacji. To zresztą pojawienie się matki wywołuje w Lucy cały potok wspomnień, tych dobrych, ale także tych złych, a rozmowy z nią pozwalają nie tylko dowiedzieć się czegoś o losach dawnych znajomych lecz przede wszystkim spojrzeć na nowo na ich własne relacje rodzinne.

Elizabeth Strout Lucy

Trudne relacje z najbliższymi są zdecydowanie jednym z głównych tematów powieści Strout. Pisarka decyduje się na podjęcie delikatnej kwestii rodziny dysfunkcyjnej, w której komunikacja nigdy nie była mocną stroną, a słowo „kocham” ani razu nie padło z ust matki, mimo że nie pozostawała obojętna na swoje dzieci. Ojciec, złamany wojenną traumą, również nie potrafił okazywać uczuć najbliższym. Nie jest to jednak opowieść o rodzinie patologicznej, choć granica bywa bardzo cienka i niektóre wydarzenia zdecydowanie budzą w czytelniku mieszane uczucia, czasem wręcz opór. Tutaj jednak wkracza drugi istotny element – bieda. To ona, w dużej mierze, warunkuje takie a nie inne relacje rodzinne i społeczne, a także kształtuje postawę dzieci na resztę życia. Autorka, rozdział po rozdziale, dodaje kolejne puzzle do tej przykrej układanki, opisując społeczne wyizolowanie Lucy i jej najbliższych z powodu skrajnego niedostatku, w którym żyli oraz jej poczucie inności względem rówieśników, co ostatecznie popycha dziewczynkę do szukania pocieszenia w świecie literatury.

Historia Lucy to jednocześnie historia wychodzenia na prostą i niemożliwości uwolnienia się od przeszłości. Lucy jako jedynej z trójki rodzeństwa udaje się wyrwać z kręgu dziedziczonej biedy, wyjechać do Nowego Jorku i założyć szczęśliwą rodzinę (mimo iż jej małżeństwo nie przetrwa próby czasu). Jednak w wewnętrznie złamanej i emocjonalnie zamkniętej rodzinie Bartonów jej powodzenie i społeczny awans są odebrane jako zdrada. I chociaż Lucy daleko do wyniosłej postawy nowobogackiej mieszkanki metropolii, głównie dlatego, że nadal prześladuje ją poczucie wstydu i bycia „tą gorszą” wyniesione z dzieciństwa, po raz kolejny zostaje odrzucona, tym razem przez własne rodzeństwo. Dodatkowo marzy o uprawianiu zawodu, który w oczach jej najbliższych nie reprezentuje zbyt wiele – chce zostać pisarką.

Elizabeth Strout Lucy

„Mam na imię Lucy” od pewnego momentu staje się zatem książką w książce. Strout zgrabnie buduje szkatułkową narrację powieści, w której bohaterka książki jest niejako jej autorką. Tutaj to Lucy Barton spisuje swoją bardzo intymną biografię, a Strout świadomie ogranicza się do roli pośrednika. W przypadku tej powieści pisarka wykazała się dużą odwagą. Trzeba mieć nie lada determinację i wierzyć w niezbitą wartość tego, co chce się przekazać, by poruszać tak wstydliwe tematy jak dysfunkcyjna rodzina, bieda i wynikające z niej upokorzenia, obierając narracje pierwszoosobową i kreując bohaterkę w wielu miejscach bardzo podobną do samej autorki.

W wywiadzie dla „Książek” Strout powiedziała o sztuce pisania:

Rozpoznać właściwe zdanie. To naprawdę niełatwe. Nauczenie się tego zajęło mi ponad pół wieku. To zdania przekazują opowieść. Każde zdanie musi być dobre i stać w rzędzie innych dobrych zdań. Piszący musi usłyszeć czysty, ogołocony z niepotrzebnych efektów głos, który mówi.                                                                                                                                                              Elizabeth Strout w „Książki. Magazyn do czytania” (nr specjalny 1/2016)

I rzeczywiście jest w „Mam na imię Lucy” ta prostota, ten czysty, bezpośredni głos, tak szczery i zwyczajny, tak bardzo prozaiczny, że momentami przestawałam mieć wrażenie, że mam do czynienia z literaturą i wydawało mi się niemal jakbym słuchała kogoś opowiadającego mi tę historię na żywo. Niekiedy ten nieprzerwany monolog bohaterki bywał wręcz irytujący (chaotyczne nagromadzenie „ja” w niektórych fragmentach), ale ostatecznie jest w pełni uzasadniony i zdecydowanie uwiarygadnia opowieść.

Nie potrafię jednoznacznie określić moich odczuć wobec tej książki. W przeciwieństwie do niektórych opinii, nie wstrząsnęła mną, mimo wszystko nie zachwyciła też językowo i pozostawiła pewien niedosyt. Nie żałuję jednak poświęconego jej czasu i jeżeli dzięki nominacji do Man Booker Prize więcej osób przeczyta tę powieść i zrozumie, że skrajna bieda, potrafiąca na zawsze naznaczyć niczemu niewinne dzieci, istnieje nie tylko w krajach trzeciego świata, to zdecydowanie zasługuje ona na wyróżnienie i uwagę czytelników.

Elizabeth Strout Lucy.

Mam na imię Lucy

Elizabeth Strout

Wydawnictwo Wielka Litera

2016

.

Może Cię również zainteresować:

  • blogosiaka

    „Mam na imię Lucy” dopiero przede mną, ale „Olive Kitteridge” to świetna małomiasteczkowa powieść i serial jest równie dobry, polecam.

    • Tak słyszałam i rzeczywiście „Olive Kitteridge” coraz bardziej mnie kusi.

  • Też zacząłem od tej książki, a dopiero potem czytałem „Olive Kitteridge”. Ciekawe spostrzeżenia odnośnie tej biedy i jej wpływu na relacje. Często sam się łapie na tym, iż nie potrafię zrozumieć zachowań niektórych ludzi np w kwestii tzw. „zimnego chowu”, a jak się pozna historie tych rodzin, to pojawiają się oprócz biedy np takie kwestie jak inne priorytety choćby to, że były to rodziny wywodzące się z rzeczywistości wojennej. Jeśli nie masz co jeść, albo walczysz o życie w wojennej zawierusze, to trudno myśleć o okazywaniu emocji. No ale żeby pokusić się o takie spostrzeżenia to musiałem pokusić się o trochę głębszą perspektywę, co nie przyszło od razu 🙂 Olive tak czy inaczej Ci polecam, bo jest trochę inna. To taki zbiór opowiadań bardziej a osoba Olive Kitteridge łączy je ze sobą 🙂

    • To prawda, czasami trudno zrozumieć zachowanie takich ludzi, zwłaszcza że często oni sami nie rozumieją, co jest przyczyną, albo starają się ją ukryć. Co do Strout, absolutnie jej nie skreślam i pewnie jeszcze sięgnę po „Olive Kitteridge”. Też jakoś czuję, że bardziej mi się spodoba, chyba wolę wredne bohaterki. I to właśnie ta uległość i jakaś taka ogólna spolegliwość Lucy spowodowały, że chociaż potrafiłam ją zrozumieć to trudno mi się zidentyfikować z taką na wskroś anielską postawą.

  • Agnieszka Pohl

    Olive Kitteridge, kupiłam niedawno i zamierzam przeczytać. Co do „Mam na imię Lucy” też mam mieszane uczucia 🙂 Chociaż koniec końców, była to dość udana lektura 🙂

    • Czyli w przypadku „Mam na imię Lucy” mamy podobne wrażenia. Ciekawe, czy ta książka wejdzie do finału nagrody Bookera (podejrzewam, że tak), a jeszcze ciekawiej byłoby gdyby ją zdobyła.

      • Agnieszka Pohl

        tak, chociaż wydaje mi się za „słaba” na Bookera jednak.

  • Karolina Nos-Cybelius

    I kolejna książka, którą planowałam przeczytać w te wakacje… Już raczej nie zdążę, ale od czego są długie jesienne wieczory 😉 Ostatnio pociąga mnie mnie ten minimalizm, o którym piszesz. Trafiłam chyba ostatnimi czasy na zbyt wiele kwiecistych opowieści i potrzebuję odtrutki 😉 To zdecydowanie lektura dla mnie! Teraz mam pewność 🙂

    • Wiele jesiennych wieczór ta książka Ci nie zajmie, bo jest dosyć krótka i czyta się ją szybko, ale rzeczywiście, po skomplikowanych fabułach, daje przyjemny odpoczynek, chociaż temat nie jest zbyt lekki.

  • Kasia

    A mnie skusiło, że Magazyn Książki uznały tę powieść książką roku 2016, dlatego niebawem się za nią zabiorę 🙂

    • Jestem ciekawa Twojej opinii. Co do mnie książką roku bym tej powieści nie uznała, ale na pewno warto po nią sięgnąć. 🙂

      • Jak dobrze, że przynajmniej na blogach można poczytać, że uznanie „Lucy” za książkę roku to gruba przesada. Wszystkie opiniotwórcze media piały z zachwytu nad tą powieścią, co wzbudza mój lekki niepokój i niedowierzanie. Gdzie tam „Lucy” do pierwszego lepszego opowiadania Alice Munro chociażby, u której stopień subtelności w opisywaniu relacji w porównaniu do tego, jaki reprezentuje w swojej powieści Strout, to przepaść. Przypuszczam, że „Olive” jest dużo lepsza – serial przynajmniej pozwala w to uwierzyć. (W) „Lucy” uwierzyć ciężko, jakkolwiek to, o czym ta książka chce powiedzieć, jest oczywiście zacne i wartościowe.

        • Zgadzam się całkowicie. W „Mam na imię Lucy” widać ambicje i „dobre chęci” autorki, ale z realizacją tematu jest już niestety dużo słabiej.