Książka

„Ludzie na drzewach” Hanya Yanagihara

24 sierpnia 2017
„Ludzie na drzewach” Hanya Yanagihara recenzja

Hanya Yanagihara wdarła się na polski rynek wydawniczy zaledwie w zeszłym roku i można śmiało powiedzieć, że szturm był udany. O jej „Małym życiu” mówili i pisali niemal wszyscy. Z jednej strony sypały się westchnienia i wyznania dotyczące godzin przepłakanych nad dramatycznym losem Jude’a, głównego bohatera powieści. Z drugiej szeroką falą płynęła krytyka, głównie zarzuty katowania czytelnika nierealistycznym w swoich rozmiarach okrucieństwem. W mojej recenzji plasowałam się gdzieś pośrodku, bo mimo kilku poważnych zarzutów, książka wydała mi się interesująca, zwłaszcza z punktu widzenia grupy LGBTQ. Nadal jestem rozczarowana tym, jak bardzo nikt nie docenił mojej subtelnej analogii do sztuki queerowej. Cóż, takie życie blogera, jego najbardziej przemyślane teksty nikogo nie interesują (chlip, chlip). Dzisiaj natomiast dzielę się z Wami moimi wrażeniami po lekturze „Ludzi na drzewach”, kolejnej powieści tej autorki, która w Polsce ukaże się w połowie września. Czy „Ludzie na drzewach” też wywołają tyle zamieszania, co „Małe życie”?

Zacznijmy od tego, że ta powieść to tak naprawdę debiut autorki znacznie poprzedzający wydanie zeszłorocznego bestsellera, ponieważ nad jej ukończeniem Yanagihara pracowała ponoć aż osiemnaście lat. Od razu uprzedzę, że, o dziwo, nie czuć tego w warstwie języka ani stylu. Bez porównania z oryginałem trudno powiedzieć, czy to pisarka była tak konsekwentna, czy jest to raczej zasługa polskiej tłumaczki. W każdym razie tekst jest spójny i czyta się dobrze, czego nie mogłam powiedzieć o poprzedniej powieści. Jednak sam język i sposób pisania oczywiście nie wystarczą, by wciągnąć czytelnika w opowiadaną historię i tu również Yanagihara zrobiła wszystko, by zaintrygować.

Bohaterem książki jest bowiem ambitny naukowiec, laureat nagrody Nobla, przyznanej mu za przełomowe odkrycie w dziedzinie badań nad długowiecznością człowieka, którego poznajemy u schyłku życia, gdy… przebywa w więzieniu. Norton Perina, bo tak się nazywa, niemal z dnia na dzień widzi jak jego błyskotliwa kariera i dobre imię załamują się pod ciężarem oskarżenia, jakie wysuwa przeciwko niemu jedno z jego adoptowanych dzieci, oskarżenia o nadużycie seksualne. Co więcej, historia opisywana przez Yanagiharę ma swoje źródło w rzeczywistości a postać naukowca jest inspirowana prawdziwym laureatem nagrody Nobla Danielem Gajduskiem, lekarzem niegdyś prowadzącym badania w obszarze Mikronezji. Noblista zmarł w niesławie, po tym jak został skazany za pedofilię, której dopuszczał się na dzieciach adoptowanych właśnie z tego rejonu świata.

„Ludzie na drzewach” Hanya Yanagihara recenzja

Struktura książki również została pomyślana dość oryginalnie, jak na czas, w którym była napisana, bo dzisiaj cieszy się ona, nieco niezrozumiałym dla mnie, powodzeniem (patrz: „Świat w płomieniach” Siri Hustvedt). Otóż nie jest to typowa powieść a dwugłosowe „sprawozdanie z życia” głównego bohatera. „Ludzie na drzewach” stanowią rodzaj biografii czy wspomnień spisywanych przez Nortona w czasie jego pobytu w więzieniu, które następnie są opatrzone aparatem naukowym i „obiektywnymi” komentarzami innego naukowca, prywatnie przyjaciela naszego bohatera. Zabieg ma na celu pokazanie różnych punktów widzenia i podejrzewam, że został zastosowany głównie ze względu na efekt końcowy, czyli to, co zawarto w Postscriptum – niewielki dodatek, „mało istotny wycinek”, który jednak zmienia wszystko. Bardzo sprytnie, pani Yanagihara, o ile czytelnik nie znudzi się wcześniej i dotrwa do końca.

Wróćmy do fabuły, Norton Perina jest młodym naukowcem po studiach medycznych, który nie do końca widzi się w roli laboratoryjnego asystenta wiecznie na usługach starszych badaczy. Dlatego też, gdy otrzymuje propozycję uczestnictwa w ekspedycji naukowej na jedną z mikronezyjskich wysp zamieszkiwanych przez tajemnicze plemię Ivu’ivu nie waha się ani chwili. W towarzystwie dwójki antropologów – z których jeden, Tallent, mocno go intryguje, a mówiąc wprost, pociąga – wyrusza w głąb dżungli. Tam odkrywa, że plemię, które mają obserwować posiadło sekret nieśmiertelności, choć płaci za to wysoką cenę. Niespodziewanie to właśnie Norton staje się największą gwiazdą wyprawy a jego eksperymenty i odkrycia przynoszą mu powszechne uznanie oraz ważne miejsce w panteonie naukowców.

Jednak wyprawa na U’ivu całkowicie zmienia także życie prywatne bohatera. Dopiero tam zaczyna zadawać sobie pytania o to, czym jest moralność i testować granice, do których może się posunąć, by uzyskać to, na czym mu zależy. Poza tym jego łatwość w komunikacji z dziećmi mieszkającymi na wyspie powoduje, że zaczyna adoptować, te które są sierotami lub ich rodzice nie są w stanie się nimi zaopiekować. Norton zabiera je do Ameryki, wychowuje, edukuje, nie zawsze otrzymując za to jakąkolwiek wdzięczność, aż do momentu, gdy oskarżenie jednego z nich rujnuje całe jego życie.

„Ludzie na drzewach” Hanya Yanagihara recenzja

Powieść „Ludzie na drzewach” można czytać jak podaną w prostej formie rozprawę o moralności właśnie. Autorka stawia tu wiele istotnych pytań m. in. o to na ile człowiek może sobie pozwolić w sferze nauki (czy możemy eksperymentować na innych, ingerować w ich życie „dla dobra i rozwoju ludzkości” etc.), ale także w sferze norm kulturowych oraz uczuć i intymnych relacji z drugim człowiekiem. Norton może się wydawać postacią szczególnie odpychającą, bo nagina wszystkie te normy, ale według mnie nie jest on jednoznacznie zły ani nawet specjalnie wyrachowany w swoim postępowaniu. Możliwe, że w tym tkwi siła powieści Yanagihary – autorka relacjonuje wydarzenia z dwóch perspektyw, ale ostatecznie to czytelnikowi pozostawia ich ocenę.

Jeszcze słów kilka na temat fabuły i wielkiego odkrycia Nortona, czyli sposobu na nieśmiertelność. Ten akurat wątek wydaje mi się szczególnie błyskotliwi, a to dlatego, że pisarka jednocześnie zdradza nam tajemną receptę i bardzo szybko nas jej pozbawia. Dzięki temu powieść nie odlatuje w rejony kompletnego science fiction, które zdecydowanie do mnie nie przemawia. Inna sprawa, że z naukowego punktu widzenia proces dochodzenia Nortona do rozwikłania tajemnicy plemienia Ivu’ivu jest dość wybrakowany, ale nie czepiajmy się szczegółów, nie one są tu najważniejsze. Ostatecznie duch Bronisława Malinowskiego unosi się nad tą opowieścią i osiemnaście lat pracy autorki nie poszło jednak na marne, ponieważ egzotycznego klimatu nie można jej odmówić.

Tak naprawdę nie wiem dla kogo są „Ludzie na drzewach” i śmiem podejrzewać, że wielu fanom „Małego życia” ta książka może się nie spodobać, bo jest trudniejsza, bardziej złożona. W każdym razie kilka „podstawowych warunków”, takich jak otwartość umysłu, ciekawość innych kultur i elastyczna granica odczuwania niesmaku należałoby spełniać, aby wynieść z tej lektury nieco ciekawsze refleksje niż nienawiść do głównego bohatera.

„Ludzie na drzewach” Hanya Yanagihara recenzja

.

Ludzie na drzewach

Hanya Yanagihara

tłum. Jolanta Kozak

Wydawnictwo W.A.B.

2017

.

Może Cię również zainteresować:

  • Zajawka Na marginesie

    Czekałam na recenzję 😉 gdy dowiedziałam się, że „People on the Trees” ma się ukazać w Polsce, zdecydowanie odmówiłam sobie poznania tej historii. Byłam pewna, że – jako napisana przed opowieścią o czwórce przyjaciół – nie sięgnie tego pułapu, nawet pod względem technicznym. Jednak im bliżej premiery, tym bardziej mnie interesowała, aż w końcu zmieniłam zdanie… a Twoja opinia jeszcze przesuwa języczek wagi 😉
    Przeczytałam też recenzję „Małego życia” i, chociaż skończyłam je już jakiś czas temu (zapraszam: taknamarginesie.wordpress.com/2017/05/02/hanya-yanagihara-male-zycie/) bardzo mnie zaintrygowała. Nie patrzyłam na tę lekturę w ten sposób…

    • Pod pewnymi względami „Ludzie na drzewach” to lepsza książka niż „Małe życie” chociaż tak naprawdę trudno je porównywać. Przeczytaj i sama się przekonasz, czy Ci się spodoba. W każdym razie to ciekawa lektura. 🙂

  • Olga Kowalska

    Może to zabrzmi dziwnie, ale „Małe życie” wciąż na mnie czeka, ale jakoś nie mogę się za nią zabrać (tematyka jakby nie dla mnie, może, nie chcę przesądzać), natomiast „Ludzi na drzewach” pożarłabym od razu. 🙂 A to oznacza, że muszę zapolować, jak tylko pojawi się w księgarniach.

    • Ciekawa jestem, co powiesz o „Ludziach na drzewach”, chociaż jeszcze ciekawiej byłoby usłyszeć Twoją opinię na temat „Małego życia”, ale fakt, że na tę drugą powieść trzeba mieć nastrój i potrafić znaleźć w sobie duuużo wyrozumiałości dla głównego bohatera. 😀

  • Nie przeżywałem premiery „Małego życia”. Z jednej strony ostrożnie nastroił mnie medialny szał, a z drugiej napotkałem kilka nie do końca entuzjastycznych recenzji na zaufanych blogach. Ale ta nowa/stara powieść przemawia do mnie dużo mocniej – tak pierwszymi recenzjami, jak i tematyką. Gdzieś mi tu gra w tle „Mag” Fowlesa.

    • Niestety nie czytałam „Maga”, ale pewnym jest „Ludzie na drzewach” operują zupełnie innymi emocjami niż „Małe życie” i temat też jest zgoła odmienny. Nie ma tu efekciarstwa i epatowania nieszczęściem, jest raczej w miarę wyważona analiza pewnego przypadku i nienachalna refleksja nad tym ile wolno geniuszowi. Polecam spróbować, to może być dla Ciebie ciekawa lektura.

  • Też nie mogę się zabrać za „Małe życie”. W pewnym momencie o nim zapomniałam i uleciało z planów czytelniczych 😉 Z tego co piszesz, „Ludzie na drzewach” to coś całkiem innego, fabularnie i stylistycznie. Czuję, że mogę przeczytać znacznie wcześniej niż tę odkładaną wcześniejszą powieść Yanagihary 😉

  • Pingback: Smutek (manii) wielkości, czyli "Ludzie na drzewach" Hanyi Yanagihary – Qbuś pożera książki()