Książka

„Lato zimą” Rose Tremain

30 września 2016

Tekst o zbiorze opowiadań „Lato zimą” Rose Tremain zacznę przewrotnie od cudzej opinii, a mianowicie zdania recenzenta The New York Times: „Czytanie opowiadań Tremain jest jak sączenie Campari z wodą sodową w eleganckim hotelu – jest absolutnie na czasie, lecz bez poczucia, że jest się niewolnikiem aktualnej mody […].” Użyta przez niego metafora wydaje mi się bardzo celna jeśli chodzi o opis tego zbioru, jednak należałoby znacznie skorygować drugą część zdania, które według mnie powinno brzmieć w sposób następujący: Czytanie opowiadań Tremain jest jak sączenie Campari z wodą sodową w eleganckim hotelu – jest absolutnie na czasie, doskonale nadaje się do efektownego selfie, lecz niewiele ponadto. Niestety, wysławiana przez krytyków proza Tremain okazała się moim największym czytelniczym rozczarowaniem ostatnich tygodni.

Z pozoru wszystko jest tak jak powinno być, czyli tak jak lubię – wydawca i recenzenci powtarzają, że opowiadania brytyjskiej autorki traktują o intymnych doświadczeniach bohaterów, którzy znaleźli się w krytycznym momencie życia, o samotności i trudnych relacjach, o chwilach wielkiego szczęścia i wielkiego smutku. Co więcej, proza Tremain jest ich zdaniem „subtelna a zarazem bardzo sugestywna”, pozostawia szerokie pole do interpretacji, etc. Zachęcona takim opisem sięgnęłam po „Lato zimą” bez wahania a nawet przekonana, że oto odkryję nowy diament, gejzer emocji pod gładką powierzchnią eleganckiego, wyszlifowanego do perfekcji stylu. Jednak już po dwóch-trzech historiach ekscytacja i wielkie nadzieje ustąpiły miejsca irytacji i nie mniejszemu rozczarowaniu.

Pierwsze opowiadanie „Amerykański kochanek” (które dało tytuł oryginalnemu wydaniu zbioru) jest tyleż interesujące, co banalne – historia romansu młodej, zachłannej życia Brytyjki z wyrachowanym amerykańskim lekkoduchem, dziejąca się oczywiście w Paryżu, oczywiście na poddaszu kamienicy, oczywiście wśród czarnych egzystencjalnych sukienek i rozerotyzowanych futer, koniecznie z nutą jakże francuskiej perwersji. Do tego tragiczno-melancholijne zakończenie. Mimo iż jestem w stanie zrozumieć, co autorka chciała przekazać, jakie emocje bohaterki próbowała odmalować w tych kilku scenach z jej życia, to średnio przemawia do mnie ta historia, ponieważ mam wrażenie, że czytałam ją już tysiące razy, a na ekranie widziałam jeszcze częściej. Słowem wydaje mi się bardzo wtórna, owszem poprawna i elegancka, dobrze wykadrowana, ale zupełnie nieporywająca.

Przy innych opowiadaniach bywało jeszcze gorzej, zwłaszcza gdy w trakcie lektury nieodparcie powracała do mnie myśl, że pisarka jest w swojej prozie albo bezgranicznie naiwna, albo zupełnie nieszczera. Jej subtelne zdania i akapity z wyszlifowanego diamentu coraz częściej zamieniały się w oślizgłą rybę, która ciągle wyślizgiwała mi się z rąk i nawet, gdy miałam jeszcze nadzieję, że zakończenie przyniesie jakiś sens, ryba ostatecznie uciekała z powrotem do wody. To wrażenie, że autorka sili się na prostotę, na nowoczesność (np. opowiadanie o uczennicach uwodzących nauczycielkę), na „małe historie o wielkich ludzkich dramatach”, odebrało mi niemal całą przyjemność z lektury. W końcu ciężko czyta się autora, któremu się nie wierzy.

Rose Tremain Lato zima

Na szczęście w zbiorze „Lato zimą” jest też parę opowiadań nieco wybijających się na tle pozostałych, z których większość zapomniałam niemal natychmiast po lekturze. Na przykład historia ostatnich dni Tołstoja, zupełnie przypadkiem dokonującego żywota w domu zawiadowcy stacji na zapadłej rosyjskiej prowincji, czy dziennik współczesnej brytyjskiej Julii zakochanej w nielegalnym mołdawskim imigrancie imieniem Romeo. I, w mojej ocenie najlepsze z całego tomu, opowiadanie „Lucy i Gaston” z dobrze zarysowaną epoką oraz wojennym dramatem splatającym losy dwóch zupełnie różnych rodzin na pierwszym planie. Proza Tremain naszpikowana jest odniesieniami literackimi i kulturowymi, lecz w ostatecznym rozrachunku, godne uwagi wydały mi się jedynie te historie, które odwoływały się do nich w sposób niebezpośredni i nieco bardziej oryginalny. Tych jednak nie było zbyt wiele.

Karolina z bloga Czepiam się książek, która, w przeciwieństwie do mnie, doceniła zbiór Tremain, pisze szerzej o tropach pojawiających się w opowiadaniach Brytyjki (polecam dla ciekawych!) i pewnie niejeden czytelnik chętnie podejmie tę kulturalno-literacką grę proponowaną przez autorkę, być może nawet odkryje w sobie emocje podobne do tych przeżywanych przez jej bohaterów. Możliwe, że na tym właśnie polega wyjątkowość zbioru „Lato zimą”, że w tych samych słowach jedni widzą coś na kształt ciszy przed wielką letnią burzą, a inni wyłącznie stagnację zimowego pejzażu, który, choć estetycznie piękny, bywa powtarzalny i szybko zamienia się w bezkształtne wiosenne roztopy. Uwielbiam wszelkiego rodzaju literackie impresje z życia, opisy z pozoru mało znaczących epizodów, które potrafią całkowicie zmienić jego bieg, a także intertekstualne gry autorów, jednak w przypadku Tremain, lektura jej krótkich form, prowadzi mnie tylko do jednego, dosyć przykrego, wniosku: to nie są złe opowiadania, ani złe historie, ale inni już je opisali i zrobili to lepiej.

Lato zimą Rose Tremain.

Lato zimą i inne opowiadania

Rose Tremain

Wydawnictwo WAB

2016

.

Może Cię również zainteresować: