Książka, Sztuka

Sztuka obcowania ze sztuką. „Krivoklat” Jacek Dehnel

11 maja 2016

Jako historyczce sztuki tematyka najnowszej powieści Jacka Dehnela jest mi szczególnie bliska. Tytułowy Krivoklat jest bowiem nie tyle miłośnikiem, co wręcz wyznawcą sztuki, zwłaszcza tej najwyższych lotów, i za zadanie obiera sobie obudzenie społeczeństwa, które zatraciło umiejętność prawdziwego obcowania z dziełami sztuki, a potrafi jedynie je konsumować i nieustannie obliczać ich wartość rynkową. Wydawnictwo reklamuje książkę słowami: „Powieść Jacka Dehnela, pastisz antymieszczańskiej twórczości Thomasa Bernharda, to przepojona czarnym humorem, wyrzucona na jednym oddechu opowieść o sztuce, miłości i człowieku, który nie boi się sprzeciwić społeczeństwu.” Brzmi to co najmniej jakby chodziło o lekką i przyjemną powieść obyczajową, tymczasem najnowsze dzieło Dehnela, pod płaszczykiem monologu „pociesznego wariata”, mówi nam coś szczególnie istotnego o współczesnym społeczeństwie i jego stosunku do kultury.

Kim więc jest Krivoklat, główny bohater powieści Jacka Dehnela? To wieloletni pacjent zakładów dla psychicznie chorych, „kwasowy wandal” niszczący arcydzieła sztuki europejskiej za pomocą dziewięćdziesięciosześcioprocentowego kwasu siarkowego. Pewnego dnia, tuż po nagłej i zupełnie absurdalnej śmierci żony, z którą dzielił pasję dla sztuki, Krivoklat postanawia wcielić w życie swój plan uświadomienia społeczeństwa co do prawdziwej wartości sztuki, mającej przecież tak niewiele wspólnego z wartością ekonomiczną, będącą dziś w centrum uwagi.

Historię „kwasowego wandala” poznajemy z jego własnej opowieści, książka jest bowiem wielkim monologiem. Konstrukcja literacka, która pozwala czytelnikowi na bezpośrednie wejrzenie w myśli i motywacje bohatera, umożliwia tym samym własną ocenę jego „stabilności psychicznej”. Dzięki temu dosyć szybko orientujemy się, że Krivoklat, mimo radykalizmu obranych metod, niekoniecznie jest zwykłym szaleńcem opętanym chęcią zniszczenia, jak postrzegają go inni – lekarze, sędziowie i dziennikarze zajmujący się jego sprawą. Wręcz przeciwnie, jest to człowiek na tyle inteligentny i trzeźwo myślący, aby doskonale przygotować każdą z muzealnych akcji, a nawet przechytrzyć i zmanipulować psychiatrów. Jakkolwiek jego zadanie i działania wydają się niedorzeczne, u ich podstaw leżą racjonalne pobudki, w każdym razie, takie jest przekonanie bohatera.

…nie rozumieli, ani razu, w żadnej sali sądowej nie rozumieli, że oferuję im jedyny ratunek. (…) trzeba należycie, na chłodno rozważyć (…), czy ludzkości, a zatem mnie, jako jednemu z nielicznych świadomych tej ludzkości przedstawicieli, opłaca się narażać jakiekolwiek dzieło, a tym bardziej arcydzieło, na zniszczenie tylko po to, żeby zadzwonić na trwogę i obudzić ludzkość, Z drugiej jednak strony (…) jeśli nikt nie zadzwoni na trwogę i ludzkość się nie obudzi, przepadnie nie tylko to jedno arcydzieło, ale w ogóle wszystkie dzieła i arcydzieła, cała wizualna pamięć; całe wizualne zwierciadło ludzkości, w którym się przez tysiąclecia przeglądała i dzięki któremu mogła siebie samą pojąć, porozumieć się z samą sobą, zostanie odrzucone, sprowadzone do roli najpierw łatwego kiczyku, potem ramoty, wreszcie bezwartościowego śmiecia i wówczas to, co dziś biegli wyceniają wedle swoich tabel mienia znacznej wartości na pięć, dziesięć, pięćdziesiąt milionów dolarów, będzie miało wartość deski, na której jest namalowane…                                                                                                                                                                                                                                                                                                  Jacek Dehnel, „Krivoklat”

Krivoklat buntuje się zatem przeciwko mieszczańskiej mentalności i stosunkowi do sztuki, w którym obcowanie z dziełem ogranicza się do sprintu po muzeach, najlepiej z audio-przewodnikiem w uszach, bombardującym zwiedzającego mało istotnymi faktami i, paradoksalnie, jeszcze bardziej odciągającym jego uwagę o samych płócien. Dehnel, ustami swojego bohatera, zżyma się na tzw. wyższą klasę średnią, brylującą eleganckimi albumami sztuki na stoliku kawowym i powtarzającą ciągle te same frazesy na temat mistrzów malarstwa, pieczołowicie unikając przy tym artystów, którzy mistrzami, w ich mniemaniu, być nie mogą, gdyż nie znaleźli się w albumie „Tysiąc najważniejszych dzieł sztuki”. Niektóre fragmenty, jak choćby bezlitosna kpina z Renoira, są momentem cichego triumfu i małą ucztą dla wszystkich szanujących się historyków sztuki. Artystyczna edukacja i wrażliwość Dehnel mają tu niemałe znaczenie i stanowią niewątpliwie wielki walor powieści. Drugi z walorów to oczywiście styl i język, te z kolei, mocno zainspirowane twórczością Thomasa Bernharda.

Krivoklat, Jacek Dehnel

Jak na pastisz klasyka literatury jest to eksperyment w stu procentach udany, co w przypadku Bernharda wcale nie wydaje się takie łatwe. Niekończące się zdania z licznymi powtórzeniami bardzo szybko mogą stać się stylistyczną pułapką i przerodzić w niezrozumiałą, meczącą papkę. O dziwo, pisarz manipuluje nimi z ogromną lekkością, nie ujmując przy tym nic z przyjemności lektury. Dodatkowo, nieco hipnotyczny sposób opowiadania powoduje, że czytelnik z łatwością daje się wciągnąć w opowieść i nieść z nurtem historii. „Krivoklat” ani przez chwilę nie nudzi, wręcz przeciwnie, w miarę rozwoju akcji z coraz większym napięciem zastanawiamy się, czy bohaterowi uda się kolejny atak na arcydzieło i jaki obraz tym razem padnie jego ofiarą.

W powieści Dehnela, zgodnie z zapowiedzią wydawcy, jest i humor, i sarkazm, i satyra na „zidiocenie i łajdactwo” mieszczańskiego społeczeństwa, ale czytając miałam głębokie wrażenie, że to jedynie wierzchołek góry lodowej, otoczka, która czyni lekturę przyjemną, lecz tak naprawdę skrywa rzeczywistą, dosyć gorzką refleksję na temat współczesnego podejścia do sztuki, o czym pisarz potrafi mówić w sposób jednocześnie prosty i przejmujący. Postać Krivoklata to najlepsza ilustracja tego jak mało poważany jest dzisiaj walor duchowy, pozamaterialny sztuki – ktoś kto skupia się wyłącznie na nim, czy wręcz ośmiela się przedkładać go ponad inne wymiary dzieła, jest postrzegany właśnie jako wariat, pięknoduch. Jak konstatuje bohater powieści, słowo to jest dziś obelgą, gdyż w świecie wojen paliwowych i zaawansowanej ekonomii nie ma miejsca dla zachwytów i głębszej refleksji nad sztuką.

Oni, oczywiście, powiedzieliby, że jestem pięknoduchem, że trzęsę się nad kawałkiem deski albo płótna, kiedy ludzie giną, jest bowiem znakiem naszych czasów, naszych w najpodlejszy sposób upadłych czasów, że piękno połączone z duchem jest obelgą, a nie pochwałą, ale jeśli tak by powiedzieli, a powiedzieliby bez wątpienia, w dodatku z pogardą, to tylko dlatego, że, jak niemal wszyscy, niczego nie rozumieją, wydaje im się, że rozumieją więcej niż pozostali, ale rozumieją jeszcze mniej niż pozostali, trzęsę się bowiem nie nad deską czy płótnem, lecz nad jedynym wyjściem, nad wyjściem tarasowanym, maskowanym, ukrywanym, z sytuacji niemal bez wyjścia, w której się znaleźliśmy, ludzie bowiem giną, ręce sięgają bowiem do czerwonych przycisków nuklearnych, bojówki i prywatne armie są bowiem organizowane, papierowe gniazda propagandowych os są bowiem budowane bez ustanku właśnie dlatego, że nikt się nie skupia na tych deskach, tym płótnie, tych kartkach, tych nutach;                                                                                                                                                             Jacek Dehnel, „Krivoklat”

Można się oczywiście spierać na ile jest to książka niosąca pewien przekaz, a na ile po prostu dobrze napisana historia frustrata i szaleńca, który upodobał sobie niszczenie dzieł sztuki (interesujący jest tu fakt, że postać głównego bohatera ma swój pierwowzór w rzeczywistości). Wydaje mi się jednak, że Dehnel nie bez powodu sięga w tej książce do twórczości i stylu Bernharda, zagorzałego krytyka wynaturzeń społecznych instytucji i zwykłej ludzkiej małości. Mimo dużego przywiązania do formy „Krivoklat” nie jest sztuką dla sztuki, choć trzeba się liczyć z tym, że to dzieło dość hermetyczne stylowo, które nie wszystkim przypadnie do gustu. Według mnie, ta powieść to nie tylko bezbłędnie skonstruowane studium samotności iście bernhardowskiego bohatera, ale także, a może nawet przede wszystkim, podyktowany nostalgią, współczesny hymn na cześć sztuki i zanikającej umiejętności jej doświadczania.

Krivoklat, Jacek Dehnel.

Krivoklat

Jacek Dehnel

Wydawnictwo Znak

2016

.
Follow my blog with Bloglovin

Zdjęcie główne: fragment dzieła Fallen Bierstadt (2007), Valerie Hegarty.

Może Cię również zainteresować:

  • Sztuka nie jest może bliską mi dziedziną, ale jestem ciekawa pierwowzoru głównego bohatera, o którym wspominasz 🙂 Może kiedyś się skuszę 🙂

    • Warto się skusić. Co więcej, jestem skłonna zaryzykować tezę, że po przeczytaniu tej książki będziesz miała ochotę wybrać się do muzeum i odnowić relacje ze sztuką. 🙂

      • W poniedziałek byłam akurat w National Gallery w Londynie więc podświadomie trafiłaś w punkt 🙂 I pomyśleć, że książki jeszcze nie przeczytałam, a już działa 🙂

  • Hanna Gumółka

    Tekst ciekawy, a i książka tak się zapowiada. Pomysł z oblewaniem sztuki kwasem zwraca uwagę, a skoro napisane dobrze – nic, tylko brać i czytać.
    Pozdrawiam!
    http://czymkolwiek.blogspot.com/

    • Dziękuję! A książkę oczywiście polecam. Nie tylko pomysł na fabułę ciekawy, ale przede wszystkim, powieść jest jednocześnie przyjemna, wciągająca i poruszająca.