Inne, Książka

Czy warto zmuszać się do kończenia niedoczytanych książek

7 marca 2017
nawyki czytelnicze książek

W świecie miłośników literatury istnieją ponoć dwa obozy, gdy chodzi o doczytywanie książek, które, mówiąc kolokwialnie, nam „nie idą” – jedni bez większego sentymentu porzucają taką książkę-niewypał, nawet jeśli zdążyli już przeczytać połowę, inni ambitnie czytają do końca, nierzadko modląc się, by kolejna strona była choć trochę lepsza od kilkudziesięciu (lub nawet kilkuset!) poprzednich. Jakim typem Wy jesteście? Ja dosyć długo należałam do drugiej grupy, co próbowałam tłumaczyć tym, że nie mogę wypowiadać się na temat danej książki, jeśli nie znam jej w całości. Przy czym nie chodzi o krytykowanie na blogu, ale choćby o zwykłe dyskusje ze znajomymi. Zaczęłam poddawać tę metodę w wątpliwość dopiero niedawno, kiedy to nieszczęsnym zbiegiem okoliczności trafiłam na co najmniej trzy publikacje – dwie powieści i reportaż, które zaczęły mnie mocno męczyć lub irytować na długo przed końcem. Tak wykiełkowało, skądinąd mało oryginalne, pytanie o to czy naprawdę warto doprowadzać każdą lekturę do ostatniej kropki.

Nie byłabym sobą gdybym, złośliwie lub nie, nie napisała Wam, co mnie tak rozczarowało i sprowokowało do tego typu refleksji. Dlatego też spieszę podzielić się moimi anty-typami literackimi, które zapewne część z Was zaskoczą. Ponadto, gdy zastanawiałam się dlaczego odczuwam pewnego rodzaju wewnętrzny przymus doczytania niektórych z tych pozycji do końca, uświadomiłam sobie, że ta presja wcale nie wynika z mojej osobistej potrzeby, wrodzonego pedantyzmu, czy jakichkolwiek blogowych, mniej lub bardziej oficjalnych, zobowiązań, ale z czegoś zupełnie innego. Wróćmy jednak do początku.

Gorzkie łzy czytelnika

Zacznę od książki, która rozczarowała nie tylko mnie, ale sporą grupę czytelników, i którą część z osób śledzących mnie na Instagramie gorąco odradzało, a mianowicie „Wyspa łza” Joanny Bator. Rozpoczęłam lekturę raczej niezrażona niezbyt pozytywnymi opiniami, bo zwykle im bardziej paranoidalny klimat, im dziwniejsze uniwersum wykreowane przez autora, tym bardziej mi się podoba. Dodatkowo zachęcił mnie bardzo dobry tekst Karoliny z Czepiam się książek. Początek tej ni to powieści, ni pamiętnika był całkiem intrygujący i obiecujący. Jednak im dalej w las, tym więcej splątanych kłączy, coraz bardziej pozbawionych logiki, chyba że przyjmiemy, że sensem całego tekstu jest jej brak. Mimo dobrych fragmentów i kilku ciekawych spostrzeżeń już po kilkudziesięciu stronach zamiast dać się wciągnąć w delirium autorki zaczęłam się po prostu o nią martwić. Bo nie każdy rodzi się Witkacym, który nawet z narkotycznych wizji potrafi stworzyć wielką sztukę. Na pewno dam Bator kolejną szansę i sięgnę po jedną z jej wcześniejszych powieści, cenionych i nagradzanych, ale „Wyspy łzy” raczej już nie skończę.

nawyki czytelnicze książek

Na froncie niekończących się powtórzeń

Drugie z moich rozczarowań to niewątpliwy szok dla fanów reportażu, bo powiedzieć głośno to, co myślę o tej książce to tak jak zadeklarować, że Biblia jest nudna i że chociaż dużo się w niej dzieje mówi ciągle o tym samym, więc „nie, dziękuję”. Chodzi o głośne „Depesze” Michaela Herra, które po latach od publikacji oryginału w końcu zostały wydane w Polsce. Najpopularniejszy reportaż-nie-reportaż z wojny w Wietnamie jest niewątpliwie dobrze i ciekawie napisany oraz, obiektywnie rzecz biorąc, niezwykle ważny, ale dla mnie po prostu piekielnie repetytywny, a przez to męczący. I nie, nie czytałam zbyt wiele reportaży wojennych, aby mieć wrażenie, że „to już było”. W dodatku mam świadomość, że to Herr jest jednym z pionierów tak mocnej odmiany reportażu. Źródeł mojego niezadowolenia należy szukać gdzie indziej. Mianowicie, tak się złożyło, że swego czasu czytałam dużo Freuda i „przewałkowałam” spory kawał tzw. trauma studies, więc obłęd ludzi wysyłanych na front a następnie z niego powracających jest dla mnie tak oczywisty, że niestety autor i w tym przypadku nie odkrywa przede mną nic nowego, nie zadziwia, nie szokuje, nawet jeśli próbuje ubrać to w niebanalną formę. Argument, że „trzeba to znać” zupełnie mnie w tym wypadku nie przekonuje. Nie odbieram Herrowi należnego mu miejsca w historii literatury faktu, ale nie prędko, jeśli w ogóle, wrócę do tej książki, by ją dokończyć.

Dramat „prozy aspirującej”

Na koniec zostawiłam największy hit i z góry uprzedzam, że miłośników tej książki uprasza się o wyrozumiałość lub o zaprzestanie czytania niniejszego tekstu w tym miejscu. Osławione „Ósme życie” Nino Haratischwili okazało się zdecydowanie moim największym literackim rozczarowaniem roku 2016. A zaczęło się tak pięknie i muszę przyznać, że dałam się szczerze oczarować początkowym kilkudziesięciu stronom pierwszego tomu. Mało tego, gdy tylko ukazał się tom drugi, kupiłam go przekonana, że pochłonę oba, o naiwności! „Ósme życie” to dwa opasłe tomiszcza autorstwa gruzińskiej pisarki mieszkającej w Niemczech, w których to młoda kobieta opisuje losy swojej wielopokoleniowej rodziny i to w jak dramatyczny sposób splotły się one z wielką i trudną historią XX wieku. Gruzja intrygowała mnie od zawsze, zatem po tym jak przeczytałam, że nawet Marcin Meller, człowiek skądinąd znający się trochę na tym regionie, poleca tę sagę, a inni blogerzy po prostu rozpływają się nad realizmem i atmosferą powieści, nie wahałam się ani chwili dłużej.

Magia tajemnej mocy gorącej czekolady, dywanu jako metafory gruzińskiej rodziny oraz powidoków z życia przedwojennej Gruzji zaczęła pryskać w momencie, w którym zorientowałam się, że autorka cierpi na cytatozę i po prostu nie wyobraża sobie rozpoczęcia nowego rozdziału bez jednego, a niekiedy nawet kilku, mniej lub bardziej uzasadnionych, cytatów. Następnie przyszła kolej na martyrologię kobiety gruzińskiej, która cierpi na wszelkie możliwe sposoby, podczas gdy mężczyźni bawią się w wojnę. Najgorsze jednak okazało się traktowanie czytelnika jak półgłówka w kwestii wydarzeń historycznych – niektóre z nich są zupełnie pominięte, skala innych, często bardzo różnych, zostaje zrównana bez mrugnięcia okiem, historia jest tu podana w pop-pigułce i okraszona „mądrym cytatem” na każdą okazję, co świetnie podsumowała Kinga Dunin w swojej mini-recenzji (przeczytajcie koniecznie!). Koniec końców bardziej niż do autorki, która po prostu wyczuła rynek i napisała dobrze skrojoną sagę dla niekoniecznie wyrobionego czytelnika, mam pretensję do polskiego wydawcy, który promował to „dzieło” jako powieść „monumentalną, przerażającą i piękną zarazem”. Monumentalna jest na pewno, jeśli chodzi o gabaryty i ilość stron, przerażająca, głównie z powodu rozwlekłości i zamiłowania do okrucieństwa a piękna, cóż, jest kilka pięknych scenek rodem z XIX-wiecznej powieści francuskiej jak np. niewidoma sierota grająca na fortepianie w opuszczonym domu w Petersburgu, oczywiście znajdującym się wówczas w samym sercu straszliwej wojny.

Jeśli Bator i Haratischwili skutecznie wyperswadowały mi doczytywanie książek za wszelką cenę na pewno wciąż nie udało im się zniechęcić mnie do literatury jako takiej, co znaczy, że nie jest jeszcze tak źle. A jak to wygląda u Was? Zmuszacie się czy jednak odpuszczacie, bo życie jest za krótkie na książki, które nam się nie podobają?

Może Cię również zainteresować:

  • Kiedyś starałam się czytać do końca, teraz odpuszczam. Owszem zdarza się, że akcja książki rozkręca się dopiero po jakimś
    czasie, ale jeśli np. nie podejdzie mi styl autora (to da się stwierdzić już po kilku stronach) to później on się raczej nie zmieni. Nie boję się też przyznać, że nie podoba mi się książka, którą wiele osób chwali – mamy przecież różne gusta, a nierzadko promocja wydawnictwa robi swoje. Nie mam zbyt wiele czasu na czytanie, czasami Synek tak daje w kość, że z książką mogę usiąść dopiero wieczorem na ok. pół godziny, zanim oczy mi się same zamkną… dlatego zależy mi na tym, żeby to było dobrze wykorzystane pół godziny 🙂

    • Bardzo słuszne podejście, zwłaszcza gdy ma się zbyt mało czasu na lekturę, by go marnotrawić na słabe książki. To prawda, że styl autora jest bardzo ważny i czasami może skutecznie zniechęcić nawet do ciekawej fabuły, a w takim wypadku nie ma sensu się męczyć.

  • Karolina Nos-Cybelius

    Ja dokładnie tak samo, dawniej cisnęłam do końca, choćby mocno się zmuszając, teraz często odpuszczam. Tak to chyba już jest z wiekiem – ewolucja czytelnika 😉 Dzięki za wzmiankę, szczerze mówiąc, trochę się obawiałam, że tak właśnie będzie z tą Bator. Jesteś bardzo świadomym i krytycznym czytelnikiem, a ja – w przypadku tej książki – mocno subiektywnym. Przepadłam ze względu na moją – i autorki – sobowtórową obsesję. Sama do „Wyspy Łzy” na pewno jeszcze wrócę, ale zgadzam się, że to lektura nie dla każdego. Jeśli zaś chodzi o „Ósme życie” to nie czytałam i nie kupiłam, ale długo się zbierałam, by to zrobić. Przepadło i teraz prawdopodobnie już wybiję sobie tę książkę z głowy 😉

    • Tak jak pisałam, Bator w tym wydaniu mi nie podeszła, ale na pewno sięgnę po jedną z wcześniejszych książek. Co do „Ósmego życia”, cóż, jest zdecydowanie lepsze od „Araf” Elif Shafak, ale mnie zirytowały te wszystkie uproszczenia i fragmenty niemal zalatujące operą mydlaną. Czyta się dobrze do połowy, a potem następuje zmęczenie materiału, lawina powtórzeń, jeśli chodzi o formę i usilne poszukiwanie coraz dziwniejszych i coraz bardziej dramatycznych historii, które by tę formę urozmaiciły. 😀

      • Karolina Nos-Cybelius

        Przypomniałam sobie, że i ja mam taką książkę. Niedoczytaną, chociaż ważną i temat też jak najbardziej mnie interesuje. „Jeden z nas” o Breiviku. Czytałaś? Ja nie dałam rady, ledwie kilkadziesiąt stron i odłożyłam, może kiedyś do niej wrócę, ale pewności nie mam. Polecana przez wszystkich, dosłownie wszystkich, naokoło, mnie nie podeszła jakoś…

        • Przepraszam za późną odpowiedź. O książce „Jeden z nas” też wiele słyszałam, bo swego czasu była dyskutowana wszędzie, ale jakoś nigdy mnie nie kusiła, więc nawet nie próbowałam do niej podchodzić.

  • Ja nigdy nie czytałam z musu, po to, żeby tylko skończyć. Życia nie starczy na wszystkie książki, a przecież jest tyle, które mnie porwą od pierwszego do ostatniego zdania 🙂 Więc porzucam bez zbędnych sentymentów 😀 Czasami z ciekawości kartkuję, czytam mniej uważnie, żeby mniej więcej się zorientować, jaki jest koniec, albo czy na pewno to coś, czego nie dam rady czytać. Najczęściej odpowiedź jest twierdząca i przechodzę do następnej lektury 😉

    • Wspaniałe podejście! Może kiedyś też nauczę się porzucać nietrafione lektury bez żalu i poczucia „porażki”. 😉

  • Nigdy się nie zmuszam 🙂 Jeśli książka nie zainteresuje mnie po kilkunastu stronach, odpuszczam – szkoda mi na nią czasu.

    • Bardzo zdrowe podejście! Ja właśnie się go uczę. 😉

  • Żadnej z tych ksiazke nie czytałam – może na szczęście?:) Ja sama często stoje przed dylematem czy doczytać dana ksiazke do końca czy nie, jezeli mi nie leży. Różnie to bywa, ale ostatnio ze względu na to, że czasu mniej – nie doczytuje 🙂

    • Fakt, że nie wszystkie książki, z którymi mamy problem „blokują” nas w ten sam sposób. Czasami czytanie nie idzie, ale mamy poczucie, że jednak warto by tę pozycję dokończyć, że to może być kwestia czasu, nastawienia itp. Natomiast w przypadku niektórych książek przypomina to bardziej próby przekonania samego siebie, że z tej literatury da się coś jeszcze wycisnąć, chociaż wszystko wskazuje na to, że raczej już nie.

  • Nie wiem czy warto, ale inaczej nie umiem. Męczy mnie i myślę nieustannie (och, to wyolbrzymianie) o porzuconej lekturze i koniec końców wracam. O, i jeszcze sumienia nie mam oceny na portalach wszelakich wstawić. Efekt Zegarnik 🙂

    • Wygląda mi to na ciężki przypadek, chociaż jeśli chodzi o dręczące myśli o porzuconej lekturze to też mi się to zdarza. 🙂 No i fakt, że niedoczytanym książkom raczej nie wystawiam ocen na portalach literackich, chyba że to naprawdę jakaś grafomania, ale na tego typu okazy na szczęście trafiam bardzo rzadko.

  • Niespodziegadki

    Mamy podobnie z tymi „Depeszami”! Przeczytałyśmy kawałek i utknęłyśmy, czując, że „to już było”. Trochę nam głupio wobec autora, bo pionier i tak dalej, ale cóż… jak utknęłyśmy, tak stoimy w miejscu.
    Przez długi czas zmuszałyśmy się do doczytywania, ale ostatnio coraz lepiej nam idzie odpuszczanie sobie. Zwłaszcza, jeśli chodzi o książki bardzo kiepskie – chyba z wiekiem dociera do nas coraz bardziej, że życie jest za krótkie, żeby je marnować ma złą literaturę 😉

    • No własnie, właśnie. Chyba trzeba to sobie uświadomić i nie czytać na siłę, aby tylko skończyć…. Muszę to sobie wbić do głowy 🙂

      • Cieszę się, że w kwestii „Depesz” nie jestem sama. 😀 A co do czytania na siłę chyba rzeczywiście nie ma co żyć złudzeniami, że „jeszcze będzie lepiej” i po prostu zacząć odpuszczać niesatysfakcjonujące i nie dające przyjemności lektury. 😉

  • Ewelino, uwielbiam Cię czytać. 😀

    Nie czytałam żadnej z opisywanych przez Ciebie książek, „Depesze” czekają w długiej kolejce, Bator robi na mnie wrażenie (przepraszam fanów) nadętej laluni i jakoś mam opór, a „Ósme życie” pożyczyłam teściowej i jeszcze nie oddała :).
    Niestety ja mam jakiś wewnętrzny przymus kończenia książek. Kiedy mi się nie podoba to czasami męczę tytuł po parę stron przez dwa miesiące, ale doczytam. Szczerze mówiąc nie wiem dlaczego to robię, ale to chyba kwestia mojej osobowości i potrzeby „domykania”. Za to zdarza mi się przerwać powieść bo… paradoksalnie uważam ją za zbyt dobrą :D. Teraz przypominam sobie dwie sytuacje, z „Półbratem” i „Moją walką” (no ta druga może nie aż tak fantastyczna, ale ciekawa). Było to spowodowane złym czasem, miałam poczucie, że w moim życiu jestem na tyle obciążona bieżącymi sprawami, że nie poświęcam książce wystarczająco czasu i uwagi. Zostawiłam je na tzw. lepszy czas (i przyznaję się, odłożyłam je i jeszcze nie sięgnęłam).
    Generalnie mam problem ze świadomym odłożeniem książki, bo mi się nie podoba. Może kiedyś się przełamię, bo jakoś to nie idzie w parze z moim życiowym hasłem o nietraceniu czasu na nieważne rzeczy 🙂

    Ps. „cytatoza” wywołała salwę śmiechu 🙂

    • Po pierwsze, dziękuję za miłe słowa i docenienie mojej inwencji (słowo)twórczej. To dla takich komentarzy dalej prowadzę tego bloga. 😉 Po drugie, potrzeba „domykania” też jest mi znana i w jakichś osiemdziesięciu procentach przypadków to właśnie ona odpowiada za moje trudności z porzucaniem rozpoczętych książek. Co prawda coraz częściej mi się to udaje, ale jak na razie nie obywa się bez wyrzutów sumienia, że jednak powinnam dokończyć to, co raz rozpoczęte. Cóż, nie pozostaje nam nic innego jak łączyć się i wspierać w niełatwej walce przeciwko marnowaniu czasu na złe i średnie lektury. 😉

  • Niestety należę do tej rzeszy ludzi, którzy doczytać muszą, bo się uduszą 🙂 I z jednej strony to straszne, głupie i jednocześnie bezmyślne, ale z drugiej niekiedy udaje mi się „uratować” książkę w moich oczach. Bo pomimo słabego początku, czasami (niestety nie zawsze) książka okazuje się jednak mieć jakieś lepsze strony.

    Doczytuję też niekiedy w imię wyższej idei, aby takie „dzieła” móc zrecenzować w sposób rzetelny. I tak było właśnie z „Depeszami” Herra, które wymęczyłam w całości. Pewnie, gdybym przerwała lekturę nie znalazłabym też w tej książce żadnych plusów, a jednak rozdział pt. „Koledzy” okazał się całkiem zjadliwym kawałkiem wspomnień. Muszę też przyznać, że cała otoczka „Depesz”, to jak są reklamowane (jako reportaż!) i opisywane (książka o wojnie w Wietnamie) wywołuje we mnie głęboki sprzeciw i ogromną niechęć. Pewnie książkę czytałoby mi się inaczej (o ile w ogóle bym wtedy po nią sięgnęła), gdyby ktoś napisał wprost, że to „subiektywne wspomnienia reportera z wojny w Wietnamie”. Bo ani tam specjalnie Wietnamu nie ma (poza kilkoma nazwami miejsc i nazwiskami), ani nie jest to reportaż wojenny, ani tym bardziej (jak podkreśla wydawca) „arcydzieło”.

    Ale jednak zdarzają się wyjątki i czasami odkładam książkę! Ostatnie takie miały miejsce w liceum – „Potop”, „Cudzoziemkę” oraz „Ludzi bezdomnych” porzuciłam bez żalu. Ale śmiem przypuszczać, że to jednak wynikało z tego, iż po prostu musiałam już iść dalej i czytać kolejne lektury. (Złe doświadczenie z tym odkładaniem też niestety mam – „Potop” miałam potem jako jeden z dwóch tematów na maturze pisemnej z języka polskiego!).

    Czasami też odkładam książkę „na później”. W sensie – podoba mi się, ale jest zbyt ciężka lub niewłaściwa na dany moment. Tak odłożyłam „Łaskawe” Littella, „Dracha”, „Imię róży”, czy „Nazywam się czerwień”. I mam zamiar wrócić do tych tytułów.

    Natomiast chyba nawet większy problem niż z doczytywaniem zaczętych tytułów mam z sięganiem po książki autorów, którzy mnie już raz (a nawet dwa, czy trzy) rozczarowali. I tak mam z książkami Bondy, które są słabiutkie i mówię o tym za każdym razem, gdy odkładam skończony tytuł, a mimo to mam jakąś przedziwną potrzebę czytania dalej (a może następna książka okaże się ok? czymś ludzie się przecież zachwycają), żeby przekonać się na własnej skórze, jak to z tym autorem jest. Obawiam się, że drugim, obok Bondy, koronnym przykładem będzie Remigiusz Mróz, którego „Kasacja” wywołała u mnie frustrację, ale teraz mam znowu ochotę się z nim zmierzyć.

    Myślę, że jak nauczę się porzucać słabych autorów to wtedy już tylko kroczek do porzucania słabych książek 🙂

    • W Twoim komentarzu poruszyłaś dwa bardzo ciekawe tematy. Po pierwsze, kwestię nastawienia do książki przed lektura. Rzeczywiście, dzięki Tobie zaczęłam się zastanawiać na ile marketing wokół „Depesz” wpłynął na moje rozczarowanie tą książką, ponieważ wywindował moje oczekiwania i nakierował mnie na nieco inny rodzaj lektury, niż okazała się ona w rzeczywistości (tutaj mam podobne odczucia do Twoich). Po drugie, interesująca jest ta „potrzeba” ponownego sięgania po autorów, którzy w jakiś sposób nas wcześniej zawiedli. Próbuję sobie przypomnieć, czy mi się to zdarzyło, ale jak dotąd chyba jeszcze nigdy nie dałam takiemu autorowi drugiej szansy. Myślę tu oczywiście o przypadkach, gdzie książka była naprawdę niedobra a nie tylko średnia.

  • Mea Culpa/ Z książką do łóżka

    Jeśli książka mnie nie interesuję, to jej nie kończę. Jednak zanim ją odłożę, to muszę sobie wypisać wszystkie negatywy, które sprawiają, że nie mam ochoty jej kończyć. Jeśli jest to na przykład: trudny język, skomplikowana treść czy nie moje klimaty – odkładam książkę, ale do niej po jakimś czasie wracam. To co sprawia, że książkę odkładam na zawsze to z reguły nuda, brak akcji 🙂

    • To chyba całkiem dobra metoda na odróżnienie książek, którym jeszcze warto dać szansę, bo być może po prostu nie trafiły na dobry moment i tych, które na drugie podejście nie zasługują, bo są nieinteresujące i raczej już nic nie wniosą w nasze życie. 🙂

  • Jeżeli nie jest to pracą lub w jakiś sposób obowiązkiem lektura książek zwyczajnie nie warto tracić na to czasu. Nie doszedłem do tego odkrycia szybko, bo zajęło mi ponad 30 lat, by to zrozumieć ;] Są książki, które nie wchodzą. Można do nich powrócić za jakiś czas i wówczas spróbować ponownie. Do dzisiaj tego nie żałuję, bo przeżyłem swoją największą przygodę czytelniczą, ale nim tego doświadczyłem przez dwa lata próbowałem przebić się przez 80 stron Diuny Franka Herberta ;]

    Odniosę się do wymienionej Biblii – po pierwsze zależy, które tłumaczenie (tak, ma to znaczenie); po drugie – pytanie czy czytasz jako osoba wierząca czy nie – ma to o tyle znaczenie, że Biblii nie czyta się wprost tylko z przypisami, dla wierzących będzie to Katechizm Kościoła Katolickiego, dla innych opracowania naukowe. Biblia jako samodzielna lektura może być mocno rozczarowująca ;]

    • Biblia to rzeczywiście trochę inna kategoria lektur, które potrafią zmęczyć. Natomiast jeśli chodzi o wracanie do książek, które wcześniej „nie wchodziły”, coś w tym jest. Czasem inny moment i nastawienie zmieniają wszystko i nagle nudna powieść staje się fascynująca. 😉