Książka

Idąc po bułki. „Wieloryby i ćmy” Szczepan Twardoch

18 kwietnia 2016
droga "Idac po bulki", Twardoch

W ciągu tych kilku miesięcy od ukazania się dzienników Szczepana Twardocha „Wieloryby i ćmy” niemal wszyscy zdążyli już skrytykować jego narcyzm, skłonności do „filozofowania” oraz pogoń za sławą i pieniądzem. Po przeczytaniu książki wcale nie odnoszę wrażenia, jakoby rzeczywiście chodziło o produkt marketingowy mający na celu podtrzymanie popularności autora świetnego „Wiecznego Grunwaldu”, czy też literackie bluźnierstwo przeciw „nietykalnym” pamiętnikom wielkich pisarzy, które to zarzucali mu, co bardziej oburzeni krytycy. Wręcz przeciwnie, uważam, że jest to lektura warta uwagi, choć pewnie nie dla każdego.

Wydaje się, że podstawowym problemem krytyki jest fakt, że Twardoch nie przekroczył mitycznej bariery lat sześćdziesięciu, która to, nie wiedzieć czemu, namaszcza pisarzy do spisywania wspomnień i publikacji pamiętników. Autor „Morfiny”, co gorsza, nie osiągnął nawet czterdziestki, a ośmiela się wydać swoje zapiski z kilku ostatnich lat, co w oczach poważnych, opiniotwórczych recenzentów, jest nie do przyjęcia i skazuje go automatycznie na śmieszność, w myśl zasady: co taki młodzian ma do powiedzenia o świecie i życiu?. Nie da się zaprzeczyć, że ktoś kto podchodzi do lektury dzienników Twardocha z takim założeniem, zirytuje się nie raz, bo a to autor pisze o rzeczach błahych, jak spotkania z przyjaciółmi i wspólnie zjedzone carpaccio z ośmiornicy, które to, o dziwo, irytuje najbardziej, a to znowu snuje przemyślenia o śmierci, wojnie i historii, co przecież jest nie na miejscu w kontekście opisów zakrapianych wieczorów i wyżej wspomnianego carpaccio (a jednak!).

Warto przekonywać przyjaciół, by ciepłymi wieczorami siadywali z nami przy stolikach pod gołym niebem, warto palić papierosy, śmiejąc się w nos wszystkim, co tchórzliwie boją się śmierci i chorób (jakby zamierzali żyć wiecznie), warto czytać wielkie powieści, warto pisać, warto zarabiać pieniądze i je wydawać, warto kochać to, co obejmuje się wzrokiem, wyszedłszy na wzgórze, a reszta to niepotrzebne hipostazy, symulakra i zupełnie zwykłe kłamstwa.

Inny zarzut, będący właściwie przedłużeniem pierwszego, to nadmierna autokreacja autora i pedantyczne wręcz szlifowanie wizerunku idealnego. Fakt, czytając „Wieloryby i ćmy” można wyczuć tę dbałość o odbiór, o to jak autor zostanie odczytany przez pryzmat swoich zapisków. Nie jest to też na pewno przypadkowy wybór tekstów. Notatki, mimo iż w większości dosyć krótkie, o charakterze impresyjnym, składają się na spójną całość, a w konsekwencji tworzą równie spójny obraz ich autora. Który jednak pisarz czy artysta nie kreował pewnego wizerunku siebie samego nawet w dziennikach? Naiwnością jest widzieć tę formę literacką jako czystą konwersację z samym sobą, w której potencjalny czytelnik, inny niż my sami, nie istnieje, czy wręcz nie ma prawa istnieć. Mniej lub bardziej świadomie, zawsze pisze się dla kogoś, nawet jeśli tym kimś będzie „Ja” jako „Inny” lub po prostu „Ja z przyszłości”, bo przecież wracając po latach do starych zapisków nie jest się już dokładnie tą samą osobą.

Fot. Szczepan Twardoch/Facebook.com

Szczepan Twardoch, fot. Jacek Kołodziejski

Oczywiście czytelnik wiedziony woyerystyczną chęcią poznania intymności pisarza może być nieco rozczarowany po przeczytaniu „Wielorybów i ciem”. Twardoch odsłania się, ale w granicach, które sam skrupulatnie wyznaczył, nie pokazuje zbyt wiele, nie przeprowadza bezlitosnej wiwisekcji jak np. Mrożek w swoich „Dziennikach”. Być może na to jeszcze przyjdzie czas, a jeśli nawet nie, wychodzę z założenia, że autor ma prawo zachować prywatność – dziennik pisarza to nie reality show dla masowej publiczności.

Przechodząc do sedna, jaki jest więc dziennik Szczepana Twardocha? Po pierwsze, dobrze napisany, momentami przybierający formę mini-reportażu, niekiedy poetycki, oniryczny, z nutą ironii, czyli taki jak życie i z tego punktu widzenia, szczery, realistyczny. Po drugie, gdy zastanawiam się jak ująć moje ogólne wrażenie po lekturze, na myśl przychodzi mi jedna „scena” powtarzająca się w książce wielokrotnie: Twardoch idzie rano po bułki grząską, suchą, zmarzniętą, w zależności od pory roku, wiejską drogą, gdzieś w głębi śląskiej prowincji. Ten prosty obraz wydał mi się szczególnie plastyczny, na tyle, że utkwił mi w pamięci i czasem gdy schodzę rano po bagietkę i nagle Paryż wybucha mi przed oczami w całej swojej okazałości, przypominam sobie młodego poczytnego pisarz idącego (być może w tym samym czasie) po jakże polskie bułki skrajem opustoszałej pilchowickiej drogi.

Słuchałem więc „Nuit sur Les Champs-Élysées”, z „Windą na szafot”, paliłem papierosa, dziwiłem się radośnie temu, że znów jest tak ciepło, i idąc po te bułki, byłem przecież zupełnie gdzieś indziej i kimś innym, niż byłbym, gdyby obok mnie mój pierworodny wbiegał na skarpy, rozchlapywał kałuże, naśladował „styl smoka” i paplał.         Teraz nie jestem ojcem i to tak, jakbym nigdy nie był, jestem dymiącym przechodniem, który idzie po bułki, jestem człowiekiem, który patrzy pod nogi i przed siebie, i w niebo, i prawie nie pamięta już o lepkich, ciemnych koszmarach śnionych niedawno, jeszcze się tlą, dogasają na czarno. Jestem mężczyzną, który rozchlapuje kałuże (…) jestem kimś, kto nie myśli o niczym, niczego nie planuje, nawet tego, co trzeba kupić w sklepie, nie myśli ani o sobie, ani o innych, nie kocha, nie jest kochany, nie jest ani z kimś, ani sam, prawie jakbym zniknął. I śnieg znika, i muzyka upiększa paskudne skądinąd Pilchowice (…). Dziurawy asfalt i kałuże na chwilę nabrały charakteru tekstury, sine niebo stało się tłem i ogólny brud odwilży próbuje udawać społecznie zaangażowany realizm. I rausz delikatny, od nikotyny i papierosowej hiperwentylacji, i nie ma mnie, są tylko kroki, domy, drzewa, niebo, domy, kałuże, ja w kałużach, ale przecież nie-ja, zimno w dłonie, asfalt jak skóra czarnego smoka, kamyki zatopione w niej jak łuski, jak pąkle w skórze Lewiatana, poranek czysty, nic mnie nie boli, więc prawie jakbym nie miał ciała, a poza ciałem nie ma mnie wcale. (…)                                                                                                             A potem kupuję bułki i wracam do domu.                                                                                                                                                                                                                               Szczepan Twardoch, „Wieloryby i ćmy. Dzienniki”

Bardzo możliwe, że obraz ten przychodzi mi na myśl z powodu rozdźwięku między podobieństwem moich i autora refleksji w czasie tej krótkie wędrówki po chleb powszedni a drastyczną odmiennością otoczenia. Z perspektywy Paryża Śląsk i Pilchowice zdają się nie istnieć, a i Paryż, z punktu widzenia ich przeciętnego mieszkańca, może znaczyć tyle, co jakieś mityczne miasto, istniejąc tylko na zdjęciach i w opowieściach (sama miewam takie wrażenie gdy zdarza mi się spędzać raz do roku kilka dni na lubelskiej wsi niemal odcięta od świata). Umiejętność kreacji i liryzm tego ponad-geograficznego, a często również ponad lub pozaczasowego, jak w przypadku „Wielkiego Grunwaldu”, spotkania jest siłą pisarstwa Twardocha, także siłą jego dzienników.

Spitsbergen, Twardoch

„Wieloryby i ćmy” to portret pisarza na wskroś współczesnego, choć z wielkim sentymentem do przeszłości i szacunkiem dla niej, nieustannie zadającego sobie pytanie o własną tożsamość, lecz pozbawionego kompleksów. To także, a może przede wszystkim, portret mężczyzny testującego swoją wytrzymałość, ale i człowieka wrażliwego, wyczulonego na detale otaczającej go rzeczywistości, dojrzewającego w roli ojca. To właśnie jako ojciec i głowa rodziny, Twardoch wyrusza co rano, jeśli akurat nie jest na Spitsbergenie, w heroiczną wyprawę po bułki brzegiem pilchowickiej szosy i myślę, że warto mu czasem w niej potowarzyszyć za pośrednictwem tego szczególnego dziennika.

wieloryby i cmy

.

Wieloryby i ćmy. Dzienniki

Szczepan Twardoch

Wydawnictwo Literackie

2015

.

Follow my blog with Bloglovin

Może Cię również zainteresować:

  • I to jest właśnie wielki ból. Przyzwolenie na udzielanie życiowych rad i spisywanie refleksji ma się w starczym wieku. Tylko ile ucieka nam wspaniałych i trafnych w punkt (dziś, tu i teraz, natychmiast!) myśli przewodnich. Jeżeli spisze coś z perspektywy człowieka sędziwego, będzie jak z każdym wspomnieniem. Zszarzeje i rozmyje się. Pominę wartość takich dzieł dla autora,ale to już całkiem inna historia…

  • Jakiś czas zabieram się za twórczość Twardocha. O dziennikach czytam skrajne recenzje, chyba czas samej się przekonać 😉

    • Ja uwielbiam język i styl Twardocha (chociaż z tym drugim akurat sporo eksperymentuje). W dziennikach też daje popis literatury na najwyższym poziomie, a co do treści to już kwestia bardziej indywidualna. Myślę, że dużo zależy od naszej wrażliwości i umiejętności zidentyfikowania się z autorem. Polecam sprawdzić. 🙂

  • Pingback: 4 ostatnio przeczytane książki, o których nie napiszę – Cocteau & Co.Cocteau & Co.()