Książka

Opowieść idioty. „Floryda” Grzegorz Bogdał

16 marca 2017

„Floryda” to książkowy debiut Grzegorza Bogdała, autora opowiadań i scenariuszy do filmów krótkometrażowych, który tym niedługim, acz wartym uwagi zbiorem tekstów wypływa na szerokie wody polskiej literatury. Wszystko wygląda na to, że jeśli wiatry będą nadal tak pomyślne, jak w przypadku tej książki, łódka młodego krakowskiego pisarza popłynie w dobrym kierunku. Opowiadania Bogdała łączą w sobie świeże spojrzenie Weroniki Murek, autorki, która również zadebiutowała kilka miesięcy temu pod skrzydłami Czarnego, z intelektualną dojrzałością autorów starszego pokolenia. Każdy z pięciu tekstów z „Florydy” to bardzo plastyczny obraz malowany giętką i niebanalną frazą, obraz będący swego rodzaju lamentem bohatera nad życiem, nad światem, nad samym sobą. Czy i dlaczego warto tych lamentów wysłuchać? Oto pytanie, na które postaram się odpowiedzieć.

Gdy piszę o lamentach nie mam na myśli typowo polskiego utyskiwania na rzeczywistość, które to całkiem spora część rodzimych autorów regularnie uprawia zarówno na kartach książek, jak i we wszelkiego rodzaju mediach. Chodzi mi raczej o na poły filozoficzną lamentację, rodzaj transowego monologu łączącego spojrzenie na świat w perspektywie makro i mikro, kiedy to rzeczy z pozoru nieistotne stają się najważniejsze, i na odwrót, najbogatsze nawet życie zostaje sprowadzone do kilku kluczowych „scen”. Tak bowiem wyglądają opowieści pięciorga bohaterów Bogdała – niby mają jakiś sens i cel, pewną myśl przewodnią, której próbują się trzymać mniej lub bardziej kurczowo, ale ostatecznie jest to zawsze gadanina, ludzkie mielenie językiem, wypluwanie myśli, tych gorzkich i tych bardziej pozytywnych, choć, jak to zwykle bywa, znacznie rzadszych od żali i smutków.

„Floryda” Grzegorz Bogdał

Mamy tu zatem arsenał postaci rodem z najbardziej fantazyjnego gabinetu osobliwości: 1. podstarzały sobowtór Freddiego Mercury’ego, obecnie po amputacji obu nóg. 2. Stara, schorowana kobieta mówiąca do ptaka przesiadującego na jej parapecie. 3. Syn, który pewnego niedzielnego ranka skrócił własną matkę o głowę (dosłownie). 4. Nawrócona kurwa Samanta, „z woli Bożej służebnica Jezusa Chrystusa”, pisząca list do papieża Franciszka. 5. Właściciel kamienicy, który był niemową, ale za sprawa znajomego szarlatana-nie-szarlatana mowę odzyskał. Słowem, wypisz wymaluj atlas najbardziej nieprawdopodobnych „ludzkich okazów” i historii jakie tylko można sobie wyobrazić, a wszystko to zintensyfikowane na nieco ponad stu trzydziestu stronach tekstu.

Mimo że uważam ten debiut za udany, nie będę ukrywać, że nie wszystkie opowiadania są tak samo dobre. Niektóre, jak np. historia życia sobowtóra Freddiego Mercury’ego, czy surrealistyczna opowieść o synu próbującym uporać się z bezgłowym, lecz ciągle żywym ciałem matki wciągają od razu i trzymają do końca, inne nieco się dłużą, bywają meczące. Niemniej, w każdym z tekstów autor konsekwentnie udowadnia, że ma coś do przekazania, jeśli nie za pomocą treści to na pewno formy. „Floryda” to nie są proste i miłe opowiadania z morałem jako bonusem. Zdecydowanie bliżej im do pozornie (a bywa, że i nie tylko z pozoru) nieskładnych pogadanek o wszystkim i o niczym, które czasem możemy usłyszeć od natarczywego przysklepowego pijaka lub innej poczekalnianej zrzędy. Ich niewątpliwym atutem jest jednak fakt, że dziwność i obficie płynące z ust opowiadających bohaterów absurdy nie wiedzieć kiedy zaczynają obnażać okrutną rzeczywistość zarówno Polski i polskiej mentalności, jak i, w bardziej ogólnym sensie, ludzkiego życia.

O tym, że jestem sobowtórem Freddiego Mercury’ego, dowiedziałem się pod koniec lat osiemdziesiątych od niedorozwiniętej Renatki. Miała dwadzieścia kilka lat, żółte zęby i tłuste uda wciśnięte w zmechacone getry. Zalatywało od niej jak z pustej puszki po sardynkach, śmiała się na wdechu i przynajmniej raz w miesiącu proponowała, abym został jej mężem, a ja nigdy nie odmówiłem. Zanim mnie uświadomiła, nie miałem pojęcia, że Freddie w ogóle istnieje. Ale też wpatrzone w niego miliony fanów nie wiedziały, że gapią się na Kazimierza Bednarza, zamieszkałego w Krakowie, operatora wózków widłowych w państwowym zakładzie produkcji chemii gospodarczej Kolor, nałogowego palacza, krótkowidza, smakosza grzybów, zwłaszcza w śmietanie, i męża Cecylii oraz ojca Agaty.                                                                                                                                                                                                                                                                                                                    Grzegorz Bogdał „Floryda”

Za szalonym życiem polskiego Freddiego Mercury’ego kryje się nijakość, brud i rozpad rodziny, za historią starej kobiety bezdenna samotność, poczucie nieprzydatności, bycia ciężarem dla innych, za opowieścią właściciela kamienicy ludzka naiwność i niespełnione nadzieje. Bogdał umiejętnie ubiera w słowa te wciąż dosyć trudne do uchwycenia stany i uczucia. Jego bohaterowie w sprawiających wrażenie niekończących się monologach próbują zagadać nudę i nędzę życia, oswoić tragedie i traumy, zrozumieć to, co dotąd było niewypowiedziane i niepojmowalne, znaleźć jakiś sens dla tego ludzkiego miotania się z kąta w kąt na tym dość niedorzecznym skrawku kuli ziemskiej. Dlatego właśnie „Floryda” wydaje mi się współgrać ze słynnym szekspirowskim stwierdzeniem, że życie człowieka to opowieść idioty. Opowieści bohaterów tej książki nie są niczym innym niż monologami, w których kompletne bzdury i zupełnie nieistotne fakty mieszają się z ważnymi, często gorzkimi prawdami o życiu, ponieważ te są uniwersalne bez względu na osobę, która je wygłasza.

Jeśli do tego dodać eksperymenty z językiem i narracją – nie są to tak zwyczajne monologi, jak można by je sobie wyobrażać – „Floryda” okazuje się bardzo interesującym tworem literackim, który zdecydowanie wybija się na tle innych nowości 2017 roku. Polecam ten zbiór zwłaszcza wielbicielom historii niebanalnych i lekko surrealistycznych, ale prawdziwych. Bo opowiadania Bogdała to nie żadne fantasy, a proza życia, odmalowana we wszystkich odcieniach absurdu, które temu życiu towarzyszą.

„Floryda” Grzegorz Bogdał .

Grzegorz Bogdał

Floryda

Wydawnictwo Czarne

2017

.

.

Może Cię również zainteresować:

  • Karolina Nos-Cybelius

    Przeczytane i zrecenzowane, dlatego mogę zajrzeć do Ciebie, by porównać wrażenia 😉 Zgadzam się, że poziom opowiadań jest nierówny. Tylko trzy z nich zapadną mi na długo w pamięć. Ale to i tak udany debiut, tak jak piszesz. Jestem ciekawa, co nam zaserwuje Bogdał kolejnym razem. To z pewnością obiecujący autor.

    • Dokładnie, są tu opowiadania naprawdę dobre i średnie, ale na pewno warto obserwować dalsze poczynania autora.