Książka

„Fatum i furia” Lauren Groff

8 lipca 2016
„Fatum i furia” Lauren Groff

„Fatum i furia” Lauren Groff to jedna z tych powieści, o których mówią wszyscy, zwłaszcza od kiedy polecił ją publicznie Barack Obama. Książka prezentowana jest jako poruszająca historia małżeństwa, opowiadana kolejno z perspektywy mężczyzny i kobiety. Dodatkowo, autorka oplata fabułę w sieć mitologicznych i literackich odniesień, która, w domyśle, ma nadać głębi przedstawionym wydarzeniom oraz czynom bohaterów. Po tak szeroko dyskutowanej i polecanej powieści spodziewałam się wiele, a konkretnie dzieła na miarę wielkiej współczesnej literatury, która potrafi śmiało łączyć cytaty kulturowe z nowoczesną narracją. Jak jest w przypadku „Fatum i furii”?

Bez zbędnego owijania w bawełnę, niestety bardzo słabo. Podstawowy problem z tą powieścią jest taki, że koncept był świetny, ale realizacja kompletnie zabiła jego fabularny potencjał. Idea Groff by opowiedzieć tę samą historię, w dodatku historię związku, czyli z założenia bardzo intymną i złożoną, z perspektywy dwojga partnerów wydaje się jednocześnie prosta i błyskotliwa. Czytelnik od początku spodziewa się odmiennego punktu widzenia na wiele kwestii dotyczących kilkudziesięciu lat wspólnego życia pary głównych bohaterów. Taka konstrukcja jest wręcz doskonała, aby ukazać wszystkie niuanse związku, postawić pytania o to na ile w małżeństwie chodzi o miłość, a na ile jest to po prostu instytucja społeczna, czy też jak dalece to umiejętność pójścia na kompromis, a nie uczucia decydują o jego trwaniu. Słowem, tego typu koncepcja literacka otwiera przed autorem dziesiątki, jeśli nie setki, możliwość. Tymczasem Groff, dosyć szybko zaczyna gubić się i z zaskakującą prędkością osuwać w przepaść efekciarstwa okraszonego sporą dawką patosu i – niestety, ale inaczej nie da się tego określić – pseudointelektualnych aluzji do kamieni milowych kultury europejskiej.

Powieść dzieli się na dwie części – „Fatum”, w której poznajemy historię rodziny Lancelota (Lotta) i jego związku z intrygującą, a do tego anielsko cierpliwą i dobrą Mathilde oraz „Furię”, gdzie przyjmujemy perspektywę tej drugiej i dowiadujemy się, jak bardzo całe, z pozoru szczęśliwe, życie Lotta było iluzją manipulowaną przez tę samą, bezwzględną Mathilde oraz jego równie bezduszną i mściwą matkę. Na tym etapie mitologiczna symbolika jest jeszcze strawna, jednak Groff ani myśli się zatrzymać. Tak oto Lotto nieustannie cytuje Shakespeare’a i można odnieść wrażenie, że autorce bardzo zależy, aby czytelnik uwierzył, że jej bohater sam jest postacią szekspirowską. Dalej pojawiają się również nawiązania do Antygony, a nawet Małego Księcia. Istny katalog pomników literatury, w którym czytelnik może wybierać do woli według własnego gustu. Szkoda tylko, że w większości przypadków, odniesienia te są właściwie nieuzasadnione i nie wnoszą nic interesującego do fabuły.

„Fatum i furia” Lauren Groff

Wszystko to byłoby pewnie jeszcze do przełknięcia, Groff nie jest pierwszą pisarką, która w pogoni za erudycyjnością gubi się we własnej historii. Jednak to, co zniechęciło mnie do tej książki najbardziej to narastający poziom wulgarności i okrucieństwa, który momentami jest bliski granic absurdu, a już na pewno lawiruje na progu wiarygodności. Jest to jeden z dwóch elementów, na który nawet autorzy tych bardziej krytycznych recenzji nie zwrócili dotąd uwagi. Daleko mi do purytańskiej mentalności i przesadnej pruderii, ale epatowanie seksem wydało mi się, w przypadku tej powieści, całkowicie zbędne. W dodatku autorka wydaje się znać tylko jedno wyrażenie na określenie kontaktu fizycznego i jest to ni mniej ni więcej: „pieprzyć się”. Nie mam absolutnie nic przeciwko poświęcaniu uwagi cielesnej stronie związku, będącej zresztą w przypadku Lotta i Mathilde jedną z ważniejszych, ale nie ulega wątpliwości, że utalentowany pisarz jest w stanie opisać ją znacznie lepiej i przedstawić całą namiętność oraz gwałtowność doznań za pomocą zdecydowanie bardziej interesujących środków wyrazu.

Podobnie jeśli chodzi o okrucieństwo postaci, zwłaszcza kobiecych, w miarę rozwoju historii miałam wrażenie, że książka zamienia się w jeden z filmów Tarantino. Z tą różnicą, że zamiast tryskającej krwi, co rusz z szafy wypada kolejny gnijący trup ciemniej przeszłości bohaterki i gdy już mamy wrażenie, że punkt kulminacyjny został osiągnięty, Groff bombarduje nas kolejnym „strasznym faktem”, „mrocznym sekretem”. Koniec końców, coś, co miało być wielowymiarowym portretem małżeństwa staje się niemal hollywoodzką superprodukcją pełną okrucieństwa, agresji, zdrad i pragnienia zemsty. Stąd od literackiej metafory wspólnego życia już tylko krok do kategorii efekciarskich tworów pseudoliterackich. Mimo całej świadomości, że pisarka, mnoży te sekrety, aby uzasadnić meandry, ponoć mocno zawiłej, psychiki swoich bohaterów, nie jestem w stanie uznać ich za przekonujące. A pokłady cynizmu, których nigdy raczej mi nie brakowało, wydają się tu jedynie niewielką kroplą w porównaniu do jego ilości niezbędnej do zrozumienia postępowania Mathilde, czy matki Lotta.

„Fatum i furia” Lauren Groff

Drugi negatywny aspekt powieści solidarnie przemilczany, lub po prostu niedostrzeżony (choć trudno w to uwierzyć) przez większość recenzentów, to zdecydowanie jej język. Wspominałam już o mało kreatywnym potraktowaniu fizycznego wymiaru związku głównych bohaterów, jednak nie jest to jedyne pole, na którym „Fatum i furia” rozczarowuje pod względem stylu i języka. Czytając, odnosiłam niekiedy wrażenie, że Groff nie potrafi się zdecydować, czy chce pisać lapidarnie i celnie, czy też może jednak metaforycznie, bardziej poetycko. Miszmasz, który powstał z połączenia obu konwencji zdecydowanie do mnie nie trafia.

Podsumowując, nie mogę powiedzieć, żeby lektura tej książki była specjalnie męcząca, wbrew pozorom czyta się ją w miarę dobrze, gdy już przyzwyczaimy się do stylu autorki i przymkniemy oko na co bardziej patetyczne lub wulgarne fragmenty. Jednak to, co pozostało mi po jej zakończeniu to wyłącznie rozczarowanie i lekki niesmak. Miałam nadzieję na dobrą literaturę na światowym poziomie, a skończyło się na typowym amerykańskim, rozdmuchanym bestsellerze z mocno naciąganą historią, a do tego napisanym w bardzo miernym stylu.

„Fatum i furia” Lauren Groff.

Fatum i furia

Lauren Groff

Wydawnictwo Znak

2016

.

Może Cię również zainteresować:

  • Niby to dobrze, że Barack Obama dużo czyta i jego rekomendacje traktowane są z powagą. Nie każdy kraj może się pochwalić takim politykiem. Tylko czemu polecił akurat taką książkę? Nie daje mi to spokoju. 😉

    • Też zadaję sobie to pytanie. Po jego rekomendacji spodziewałam się czegoś znacznie bardziej sensownego.

  • Skoro jak dotąd skutecznie zaufałem Ci pod względem książek wartych przeczytania, to tym bardziej wypada zrobić to jeśli chodzi o książki, które odradzasz 🙂 „Fatum i Furia” już dawno przeze mnie zakupiona nie może się doczekać swojej kolejki, po tej recenzji jeszcze sobie chwilę poczeka. W zamian za to wskoczy na warsztat inna chwalona mocno powieść – Uczeń architekta – bo mam ochotę na coś odmiennego. Pozdrawiam 🙂

    • O, „Uczeń architekta”! Sporo słyszałam o tej książce i rzeczywiście jest chwalona. Z przyjemnością poznam Twoje zdanie, bo też chętnie sięgnęłabym po jakąś dobrą, nieco bardziej egzotyczną, powieść.

  • Zupełnie nie ciągnie mnie do tej książki i widzę, że niewiele stracę. 😉

    • Szczerze mówiąc, rzeczywiście niewiele… Chyba lepiej przeznaczyć ten czas na inne lektury.

  • Być może Barack Obama miał jakiś cel w tym, by wspomnieć akurat o tej książce. A może po prostu było tak, że po prostu ją przeczytał i wspomniał o niej całkiem neutralnie, a specjaliście od PR zrobili z tego haczyk marketingowy 🙂 Niemniej jednak wiem, że nie jest to pozycja, którą umieszczę na liście priorytetów.

    • Wygląda na to, że Obamie naprawdę bardzo spodobała się ta książka, ponieważ nie tylko publicznie ją pochwalił, ale też wysłał potem liścik do autorki, w którym mówi m.in. „Napisała pani wspaniałą książkę, a Mathilde to cudowna postać.” Cóż, to też jednak kwestia gustu, ale teraz aż boje się sięgnąć po Jonathana Franzena, którego pan prezydent również gorąco poleca.

      • W takim razie widocznie Obama ma dość wysublimowany gust… Sięgaj, śmiało 🙂 Może tym razem będzie lepiej?

  • Przyznaję, pomysł lepszy od wykonania, ale nie mogłam oderwać się od tej książki.