Książka

Zwyczajna nadzwyczajność. „Dygot” Jakub Małecki

12 września 2016

Ta historia mogłaby mieć miejsce w Afryce wśród półdzikich plemion, ale rozgrywa się na polskiej wsi w połowie XX wieku. Dwojgu młodym i ubogim ludziom rodzi się kolejno dwóch synów, ale jeden z nich przychodzi na świat z defektem – skórą białą jak mleko, półprzezroczystą – co szybko staje się jego przekleństwem, z góry spisanym wyrokiem. „Dygot”, głośna i wielokrotnie nagradzana powieść Jakuba Małeckiego, to nie tylko mrożąca serce historia krzywdy wyrządzonej niewinnym za sprawą ludzkiej głupoty wynikającej z niewiedzy i zabobonów, ale także pasjonująca opowieść o kruchości, a poniekąd również małości ludzkiego życia. Ta książka zdecydowanie nie pozostawia czytelnika obojętnym.

Idea „Dygotu” wydaje się zarazem prosta i błyskotliwa – opowiedzieć żywot albinosa, któremu przyszło urodzić się na zapadłej polskiej wsi w czasach, gdy wiara w diabły i demony kwitła jeszcze w najlepsze i rozbudzała wyobraźnię niejednego prostego człowieka. Wiktor od początku boryka się z kpiną i wrogością ze strony pozostałych mieszkańców wsi. Nieustannie nękany przez inne dzieci pada również ofiarą ich rodziców, którzy oskarżają go o nieurodzaj, czy wszelkie niepomyślne zdarzenia spadające na wioskę, a w końcu postanawiają pozbyć się antychrysta. Życie Wiktora i jego rodziny toczy się więc w nieustannym strachu o „białego chłopca” oraz jego bezpieczeństwo. Mimo że bohaterowi udaje się uniknąć przedwczesnej śmierci z rąk sąsiadów, pewne ich sądy i projekcje są tak silne, że udzielają się jemu samemu. To zresztą jeden z bardziej interesujących elementów książki, gdzie autor doskonale przedstawia mechanizmy psychologiczne zachodzące między prześladowcami i prześladowanym oraz to do czego mogą one prowadzić. „Dygot” to z jednej strony studium izolacji i samotności spowodowanej odmiennością bohatera, z drugiej zaś obraz pewnego rodzaju zbiorowej psychozy i fiksacji napędzanej na poły religijnym, na poły pogańskim zamroczeniem. Wiktor prowadzi zatem dwie walki – wewnętrzną, z tym co nazywa rozmytym (zdecydowanie najpiękniejsza metafora Małeckiego) i co go pochłania z coraz większą mocą, oraz zewnętrzną, z wrogim mu otoczeniem.

„Dygot” nie jest jednak wyłącznie opowieścią o „białym chłopcu” i jego wielokrotnie doświadczanej przez los rodzinie, a właściwie historią dwóch rodzin – Łabendowiczów i Geldów, których losy spotykają się w pewnym momencie i splatają nierozerwalnie. Poznajemy zatem życiorysy poszczególnych ich członków, niektórym towarzyszymy od samego początku aż do końca, inni pojawiają się znienacka z całym ciężarem ich zwyczajnych-niezwyczajnych biografii. Małecki należy do pisarzy, którzy posiedli trudną umiejętność sugestywnego opisu postaci w zaledwie kilku zdaniach i wprowadzania nagłych zwrotów akcji w sposób tak płynny, że czytelnik początkowo ledwo zauważa jak bohaterowi nagle wali się świat. Wszystko po to, by chwilę później ten fakt dotarł do niego ze zdwojoną siłą.

Dojka patrzyła na żebra i klatkę piersiową opięte ciasno śnieżnobiałą skórą. Gdzieś tam biło białe serce.                 – Dobrze, wnusiu, biegnij do mamusi i tatusia – mówiąc to, podeszła do niego tak blisko, że od smrodu zebrało go na wymioty. – Ale pamiętaj też o babci. Odwiedź ją czasem, ona taka już stara. Dobrze, wnusiu bielutki?                 – Nie jestem wnusiu, tylko Wiktor – powiedział, odsuwając się.                                                                                         – A wcale nie – odparła i uśmiechnęła się szeroko. – Jesteś krzyk, jesteś dygot, jesteś kropla w rzece.                                                                                                                                                                               Jakub Małecki „Dygot”

Niektórzy próbują wpisywać tę książkę w nurt realizmu magicznego i, mimo iż rzeczywiście są w niej elementy, które mogłyby na to wskazywać, odnoszę wrażenie, że to, co powoduje swoiste odrealnienie powieściowej rzeczywistości to nakładanie się światów – lekko schizofrenicznego świata Wiktora, tego wyimaginowanego, będącego produktem zatrutej wyobraźni mieszkańców wsi i w końcu świata realnego, który wydaje się coraz mniej rzeczywisty, a jednocześnie nie przestaje przytłaczać brutalną prozą życia. Tytułowy dygot, będący w powieści Małeckiego synonimem owego życia, sprawia, że obraz staje się nieostry, rzeczywistość ulega rozwarstwieniu, nic nie jest już jednoznaczne ani oczywiste. Tak właśnie u bohaterów powieści rozmywają się granice między dobrem i złem, prawością i zbrodnią, atakiem w obronie i atakiem, by zabić. Ten relatywizm powraca w „Dygocie” wielokrotnie i czyni postaci znacznie mniej oczywistymi, niż można by się tego spodziewać po pierwszych stronach książki.

Jakub Małecki „Dygot”

To nie jest biblijna przypowieść o dobrym białym chłopcu i złych, żądnych jego „diabelskiej” krwi sąsiadach. Bliżej jej raczej do baśni, w której dobrzy nie zawsze okazują się absolutnie dobrzy, a źli bezwzględnie okrutni. Przede wszystkim jednak „Dygot” jawi się niczym kalejdoskop wielu małych, aż ciśnie się na usta kolejne słowo – nieistotnych, żyć ludzi, którzy znaleźli się w rwącym nurcie historii jakby przypadkiem i tylko na chwilę. Pisarz czyni tych małych ludzi i ich wielkie dramaty wartymi uwagi, a jednocześnie pomaga spojrzeć z dystansu na nasze własne życie, równie łatwo dające się streścić do daty urodzin i śmierci oraz kilku faktów pomiędzy nimi. Dodatkowo autor używa do tego języka i stylu tak magnetyzującego (ze względu na formę) i zarazem mocnego (z uwagi na przekaz), że są one w takim samym stopniu torturą, co przyjemnością dla czytającego.

„Dygot” zdecydowanie zalicza się do książek, które trzeba przeczytać, ponieważ wyzbywając się jakichkolwiek roszczeń do wielkości i wzniosłości autorowi udało się dotknąć, czegoś naprawdę istotnego, czegoś co rozwija się i pęcznieje poza tekstem, ale ma w nim swoje źródło. Z tym większą niecierpliwością czekam na kolejną książkę Małeckiego, a tym którzy jeszcze nie czytali „Dygotu” polecam sięgnąć po niego jak najszybciej.

Jakub Małecki „Dygot”.

Dygot

Jakub Małecki

Wydawnictwo Sine Qua Non

2015

.

Może Cię również zainteresować:

  • Agnieszka Pohl

    Hmmm Dygot ciągle przede mną, chociaż od dawna leży na półce na Legimi. Wszyscy się zachwycają, Ślady już w drodze, a ja dalej nie przeczytałam. Strasznie się boję, że mi się nie spodoba 🙁 Mam chyba jakąś paranoję :)Ale nie chcę mieć za wysokich wymagań.

    • Znam to z autopsji, też miewam takie obawy odnośnie mocno chwalonych książek, ale myślę, że „Dygot” Ci się spodoba. Jedno jest pewne, czyta się naprawdę szybko i dobrze! 🙂

    • Zgadzam się z Cocteau&Co., że ta książka raczej Ci się spodoba. Może i nie jest genialna, jak twierdzą niektórzy, ale warto ją przeczytać.

  • O matulu, ale cudowna recenzja, po prostu nic dodać nic ująć ! Nie mogę się doczekać nowej książki Małeckiego, bo „Dygotem” mnie zaczarował.

    • Dziękuję serdecznie! Dobra książka potrafi czasem zainspirować do recenzji, która pisze się prawie sama. 😉 Ja też nie mogę się już doczekać „Śladów”!

  • Karolina Nos-Cybelius

    Bardzo mnie zaskoczyłaś. I ty i autor „Dygotu”… Albinizm mnie jakoś szczególnie nie fascynuje, ale czytałam to i owo, w kontekście afrykańskich albinosów. A tu opowieść z rodzimego podwórka i to jaka… Mimo że kultura tak odległa, te same stereotypy, zabobony i lęki. I kolejna książka do przeczytania. Cocteauandco, dobijasz mnie 😉

    • Co najlepsze, albinizm to tylko jeden z tematów podejmowanych przez Małeckiego w tej książce i mam wrażenie, że wcale nie najważniejszy. W każdym razie mnie bardziej poruszyło spojrzenie autora na życie ludzkie jako takie.

  • Książka Małeckiego jest bardzo dobra, chociaż cały czas mam wrażenie, że mógł osiągnąć ten sam efekt bardziej oszczędnymi środkami. Że nie potrzeba było tylu nieszczęść, chorób, albinizmu, pożarów, utraconych kończyn, ran, trupów ludzkich i zwierzęcych. Zgadzam się jednak w 100%, że od książki ciężko się oderwać a takie refleksje jak moja raczej nie przychodzą podczas czytania. Zbyt intensywnie jest wtedy. 😉
    Postać Wiktora jest oczywiście szczególna, ale mnie zainteresował też jego syn, Sebastian, tak różny od pozostałych bohaterów.
    (A tak zupełnie na marginesie, to podobały mi się drobne, dowcipne wstawki, jak np. rozmowa o Lemie, który jest dla dzieci ;). )

    • O tak, mimo że książka jest raczej smutna i przytłaczająca to jednak niektóre dowcipne lub ironiczne wstawki dodają jej szczypty humoru. Co do środków literackich stosowanych przez autora, jestem w stanie zrozumieć Twój punkt widzenia, ale mnie osobiście nie przeszkadzał ten natłok nieszczęść, jakkolwiek to brzmi. 😉

      • Mnie po głowie chodzi taka okropna myśl… napisałam wyżej, że mógłby osiągnąć ten sam efekt oszczędniejszymi środkami… ale czy na pewno potrafi? Czy gdyby mniej było nieszczęść, dalej miałabym ciarki na plecach? Chyba, że to nagromadzenie służy czemuś jeszcze…
        Takie oto tradycyjne dzielenie włosa na czworo. 🙂

        • Ciekawe pytanie. Zobaczymy jakimi sposobami Małecki będzie nas czarował w nowej książce, czy będą nieco bardziej subtelne, czy też znowu postawi na zaskoczenie i szok, co kilka stron. 😉

  • Pingback: Drepcząc ku ostatecznemu. „Ślady” Jakub Małecki - Cocteau & Co.Cocteau & Co.()

  • Pingback: To, co się osadza. „Rdza” Jakub Małecki – Cocteau & Co.Cocteau & Co.()