Książka

Droga na Wschód. „Wschód” Andrzej Stasiuk

3 maja 2016
Wschód, Stasiuk

„Wschód” Andrzeja Stasiuka po raz pierwszy przeczytałam latem zeszłego roku, podczas krótkich wakacji na podlubelskiej wsi. Chyba nie ma lepszego miejsca, może poza głęboką rosyjską prowincją, w którym ta książka wybrzmiewałaby lepiej. Od tamtej pory wracam do niej często, a wizja Wschodu jaką kreśli Stasiuk jest mi nadal bardzo bliska, może nawet coraz bliższa.

Jeszcze kilka lat temu kwestia Wschodu i Zachodu interesowała mnie w znikomym stopniu, podobnie jak fakt pochodzenia, przynależności do jednego czy drugiego. Mimo iż urodziłam się we wschodniej Polsce, przez długi czas nie dostrzegałam większej różnicy społecznej, ekonomicznej, kulturowej, żadnego podziału na tzw. Polskę A i Polskę B, czy nawet na Europę Wschodnią i Zachodnią. Dopiero wyjazd na studia, najpierw do Warszawy, potem do Paryża, sprawił, że ta różnica zaczęła się zarysowywać i mimowolnie nabierać znaczenia. Dlatego też gdy ukazał się „Wschód” Stasiuka, wiedziałam, że muszę po tę książkę sięgnąć.

Wschód, Stasiuk

Jak zwykle u autora „Jadąc do Babadag”, tematyka pozostaje ta sama – podróż w poszukiwaniu, tego co zapomniane, opuszczone i zapuszczone, zdeklasowane, zepchnięte na margines Europy i historii, ale zarazem prawdziwsze, pełniejsze, paradoksalnie bardziej żywotne w swoim „cywilizacyjnym zacofaniu”, niż toczony przez robaka konsumpcji Zachód. Tym razem pisarz skupia się na rejonach świata na wschód od Warszawy – wschodniej Polsce, Rosji, Mongolii, Chinach. Jego podróż na Wschód jest także podróżą do przeszłości, do dzieciństwa, powrotem w rodzinne strony i do rzeczywistości komunizmu, w której przeżył trzydzieści lat i, jak sam mówi, nadal niewiele z niej zrozumiał. Stąd właśnie potrzeba zrealizowania tej największej z fantazji, udania się na najbardziej odległy skraj Rosji, na Syberię, aby zmierzyć się z własnymi wyobrażeniami o tym kraju, dotrzeć do serca komunizm i być może w końcu go zrozumieć.

Leci się jakieś sześć czy siedem tysięcy kilometrów, czyli tyle, ile do Indii albo do Kongo, i na końcu jest coś w rodzaju hipertroficznego Węgrowa albo rozdętych Siemiatycz. Tak było w Irkucku, gdy wyszedłem na pierwszy spacer. Na Gagarina, na Marksa, na Lenina nie mogłem uwolnić się od przejmującego poczucia, że to wszystko znam. Te neoklasyczne fasady, napisy cyrylicą, kolumny, tympanony, cały ten przepych na pokaz, a zaraz obok dziury, kałuże i potłuczone flaszki. Znałem to, znałem jeszcze z dzieciństwa.                                                      Jakbym tu już był. Ale to tylko odzywała się moja podświadoma Rosja sprzed kilkudziesięciu lat, odzywała się jej najstarsza obecność…                                                                                                                                                                                                                                                                                               Andrzej Stasiuk, „Wschód”

Podróż, w którą zabiera nas Stasiuk jest fascynująca, mimo że dominują tu opisy i własne przemyślenia autora. Ktoś kto spodziewa się wnikliwego reportażu o Rosji czy Mongolii będzie niepocieszony, próżno szukać tu tego typu relacji, natomiast nie brak wspomnień i osobistych refleksji. Sama struktura książki przypomina kolaż, gdzie opowieści o dalekiej wyprawie łączą się i przeplatają z opisami lubelskich i podlaskich wiosek, dawnych pegeerów, prowincjonalnych kościołów i długich samochodowych podróży autora, częstokroć okraszonych audycjami Radia Maryja. W efekcie końcowym, trochę tak jak w opowieści pisarza, czytelnik również zaczyna odnosić wrażenie, że, czy to Lublin, czy Irkuck, w pewnym sensie jest to nadal ten sam Wschód, trochę mityczny, choć momentami aż nazbyt realny, jednocześnie pociągający i odpychający. Zupełnie tak jakby czas i odległość geograficzna nie miały najmniejszego znaczenia.

Wschód, Stasiuk

To właśnie ta niezmienność, pozaczasowa stałość, wywarła na mnie największe wrażenie. Zagłębiając się we wspomnienia Stasiuka z lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku wielokrotnie łapałam się na tym, że niewiele różnią się one od moich własnych, mimo iż dzieciństwo moje i autora dzieli ponad trzydzieści lat, w czasie których upadł komunizm, a Polska stała się demokratycznym krajem. Choć nie wychowałam się na wsi, była ona nieodłącznym elementem wszystkich moich wakacji i, tak jak Stasiukowi, będąc dzieckiem, wielokrotnie zdarzało mi się słuchać opowieści wioskowych babek o wojnie i komunie, a nawet obserwować z boku lokalne święta i obrzędy. Dla Stasiuka bowiem religijności i rozbudowana obrzędowość są nieodłączną cechą pejzażu polskiej prowincji i tutaj również nie trudno zauważyć, że niewiele się zmieniło. Fenomenalny jest dla mnie koniec książki, gdzie pisarz pochyla się nad tą właśnie specyficzną polską religijnością radiowo-odpustową i nabożnym stosunkiem do komuny, który przetrwał jeszcze na wschodzie kraju. Obrazy, których używa, aby je odmalować są niezwykle sugestywne i na długo zapadają w pamięć.

Wizja Wschodu Stasiuka jest brutalno-sentymentalna, słodko-gorzka i przede wszystkim bardzo realistyczna. Myślę, że przemówi do każdego, kto choć trochę interesuje się tą częścią Polski i świata. Niewielu jest autorów, którzy potrafią o niej mówić i pisać tak jak Stasiuk.

wschod

 

 

Wschód

Andrzej Stasiuk

Wyd. Czarne

2014

.
Follow my blog with Bloglovin

Może Cię również zainteresować: