Książka

„Araf” Elif Shafak

24 lutego 2017
„Araf” Elif Shafak

Jak mawiają autorzy artykułów prasowych o zaskoczonych przez zimę drogowcach i tym podobnych zjawiskach przyrodniczo-społecznych: nic nie zapowiadało tej tragedii. Otóż sięgnęłam po „Araf”, powieść Elif Shafak, prawdopodobnie najsłynniejszej tureckiej pisarki (Pamuka celowo pomijam, bo myślę wyłącznie o kobiecych autorach). Książka reklamowana jest jako opowieść o doświadczeniu emigracyjnym, czyli „o tożsamości, wykluczeniu i przynależności”. Na pierwszy rzut oka wyglądała na historię, która nie może mi się nie spodobać. Mnie – młodej, choć już zaprawionej w bojach, emigrantce i doktorantce, czyli osobie będącej w takiej samej sytuacji jak co najmniej połowa paczki głównych bohaterów „Araf”, w tym grający pierwsze skrzypce Omer – Turek przyjeżdżający do Stanów na studia doktoranckie. Tymczasem Shafak uraczyła mnie-czytelniczkę garścią uroczo smutnawych obrazków obyczajowych oraz kilogramami przegadanych opisów i przekombinowanych metafor. Dla kogo więc jest „Araf”?

Przyznam się już na wstępie, że gdy myślę o tej książce, mimo że od lektury upłynęło już kilka dni, nadal mam ochotę okrasić ją kilkoma ociekającymi złośliwością komentarzami. Postaram się jednak zachować minimum obiektywizmu, bo „Araf” jest mimo wszystko powieścią, która może się podobać, trzeba tylko przyjąć zupełnie inne podejście od mojego, czyli nie oczekiwać zbyt wiele. Moje rozczarowanie wynika głównie z faktu, że spodziewałam się przenikliwej obserwacji zjawiska wielokulturowości i emigracji młodych ludzi, może nie na miarę opracowań socjologicznych czy autorów pokroju Jonathana Franzena, ale jednak. Tymczasem „Araf” przypomina patchwork z wszelkiej maści nieprzystających do siebie kawałków materiałów, które autorka próbuje zszyć i przekonać nas, że są coś warte. Tak, współczesna kultura społeczeństw mieszanych, takich jak Stany Zjednoczone czy Francja, jest patchworkowa, bo inna być nie może, ale tam gdzie w rzeczywistości szwy trzeszczą niemiłosiernie u Shafak ścieg jest zdecydowanie zbyt gładki i idealny.

„Araf” Elif Shafak

Elif Shafak

Sama fabuła przypomina trochę serial „Friends” (tylko, że w wersji mocno mieszanej) albo pierwszą część popularnej niegdyś komedii „Smak życia” o studentach na Erasmusie. Mamy tu wspomnianego Turka Omera, „złego muzułmanina”, który zamiast pisać doktorat oddaje się rozrywkom i romansom z każdą dziewczyną jaka się nawinie, jego współlokatorów – Abeda („dobry muzułmanin” z Maroka) i Piyu (pobożny katolik z Hiszpanii). A na dokładkę Gael – biseksualna amerykańska żydówka o skłonnościach samobójczych i Algre, dziewczyna Piyu – latynoska bulimiczka z hordą zgnębionych przez życie ciotek. Teraz już rozumiecie, co mam na myśli, mówiąc że ta książka to groch z kapustą? To jednak nie wszystko, bo oprócz kwestii kulturowych i religijnych, seksualności, zaburzeń odżywiania i stanów maniakalno-depresyjnych Shafak dorzuca nam feminizm i… trzymacie się mocno?… zupę alfabetową (sic!), czyli metaforę refleksji nad zagubioną tożsamością współczesnego migranta. A dlaczego „Araf” skojarzył mi się z serialem „Przyjaciele”? Dlatego, że tu też jest czasem śmiesznie, czasem smutno, ale ogólnie atmosfera jest przyjemna, wszyscy jedzą czekoladki i piją herbatę miętową, nawet jeśli ich świat właśnie się wali.

Naprawdę nie wiem, co poszło nie tak, choć przeczuwam w czym tkwi problem powieści Shafak. „Araf” to jej pierwsza książka napisana po angielsku i chociaż nie czytałam nic innego z jej twórczości jestem absolutnie przekonana, że te, które powstały w jej ojczystym języku są lepsze, przynajmniej od strony formalnej. Niestety, wygląda na to, że pisarka wpadła w sidła amerykańskiej narracji i to rodem z powieści niezbyt wysokich lotów. Można jej przypisać wszystko, ale nie oszczędność w słowach i metaforach. Kojarzycie ten typ powieści, w którym w dialogach trzydzieści procent to wypowiedzi bohaterów, a reszta to umieszczany między myślnikami detaliczny opis tego, co robią, gdy wygłaszają dane zdanie? To właśnie „Araf”. Oczy bolały mnie od „powiedziała, podnosząc do ust kubek gorącej czekolady”, „wymamrotał, przewracając oczami i bawiąc się serwetką, podczas gdy…” i tym podobnych nieistotnych dla fabuły bzdur. Wszystko to powoduje, że kilka niegłupich refleksji na temat migracji gubi się w tym wodospadzie frazesów, usilnie wciskanych co kilka zdań żartów (amerykański luz i ironia młodych intelektualistów, yeah) oraz kolejnych pojawiających się znikąd postaci i obrazków.

Gdy imiona dostosowują się do obcego kraju, coś zawsze ginie – a to kropka, a to litera, a to znowu jakiś akcent. To, co się dzieje z imieniem na obcym terytorium, podobne jest do tego, co się dzieje z pokaźną porcją szpinaku w czasie gotowania – do głównego składnika można dodawać nowe smaki, ale jego objętość wyraźnie się kurczy. Takiej właśnie redukcji podlega cudzoziemiec w pierwszej kolejności. Głównym wymogiem zamieszkania w obcym kraju jest udziwnienie czegoś najbardziej do tej pory własnego – swojego imienia.                                                   Eksperymentowanie z wymową, przycinanie liter, modyfikowanie dźwięków, poszukiwanie najlepszego substytutu, a jeśli masz więcej niż jedno imię – całkowite porzucenie tego mniej akceptowalnego przez autochtonów… Cudzoziemcy to ludzie, których co najmniej jedna część imienia pozostaje w ukryciu. Podobnie w tym przypadku Ömer zastąpił swoje imię mniej kłopotliwym i bardziej wyględnym Omarem lub Omerem, jak kto woli.                                                                                                                                                                                Elif Shafak „Araf”

W końcu kwestia najważniejsza, która w dużej mierze uzasadnia moje rozczarowanie powieścią Shafak. Spotkałam się z wieloma opiniami, że tę książkę powinny przeczytać osoby, które myślą o emigracji, żeby przekonać się, że to wcale nie jest gwarancja znalezienia swojego Eldorado, niekiedy wręcz przeciwnie. Jako ta, która spróbowała je odnaleźć mogę Wam powiedzieć, że dylematy tożsamościowe i okolicznościowe dramaty opisywane przez turecką autorkę to tylko wierzchołek góry lodowej. To swoisty starter kit, w który wyjeżdżający wyposaża się automatycznie wraz z nabyciem biletu w jedną stronę. I to bez względu na to, czy chodzi o Turka w Stanach czy o Polkę w Niemczech lub we Francji, bo nawet to, co wydaje się bliskie i znajome, szybko okazuje się inne, obce. Jedni przeżywają te dylematy łagodniej, dla innych to prawdziwa rewolucja tożsamościowa, ale w „Araf” ten temat został zaledwie liźnięty, że się tak brzydko wyrażę. Naprawdę, zauważenie, że gdy Arab zbyt długo kręci się po sklepie zaczyna być podejrzany nie mówi zbyt wiele o tym jak wygląda rzeczywisty dramat imigranta, który czuje się wyobcowany w nowej kulturze, gdzie nawet jego imię bywa nie do wypowiedzenia.

W ramach podsumowania i żeby nie być zbyt okrutną dla Shafak dodam, że ostatnie kilkanaście stron książki jest całkiem niezłe – ciekawe spojrzenie na Stambuł i dramatyczne zakończenie nieco ratują całość. Ponadto podoba mi się fakt, że ostatecznie ze wszystkich bohaterów tej powieści największe problemy tożsamościowe ma Amerykanka, czyli jedyna nie-imigrantka. Wątpię jednak, by były to elementy wystarczająco zachęcające, aby poświęcić tej książce kilka dobrych godzin z życia. Według mnie, i wiem, że dla niektórych zabrzmi to mocno, „Araf” to nic więcej jak dobre czytadło z ambicjami (niestety niespełnionymi), do którego można zajrzeć dla rozrywki, ale bez większych oczekiwań.

„Araf” Elif Shafak.

Araf

Elif Shafak

tłum. Jerzy Kozłowski

Wydawnictwo Znak

2017

.

Może Cię również zainteresować: